Przez chwilę musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował

wicher do bramy. Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.

Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem,

pachniały teraz powietrzem. Trzepotali powiekami w œświetle; ich oczy,

pełne jeszcze nocy, broczyły ciemnośœcią za każdym uderzeniem powiek. Nie

mogli dojœść do sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie

poznawali miasta, wszystkie ulice były jak przestawione. Matka

podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,

jakby przez ten kwadrans stali w ciemnośœci pod oknem, nie oddalając się

wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc

otaczały nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, śœwistu i

jęków. Może nie było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które

nam wicher sugerował, może nie było wcale tych opłakanych labiryntów,

tych wielookiennych traktów i korytarzy, na których grał wicher, jak na

długich czarnych fletach. Coraz bardziej umacniało się w nas

przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującą

na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomnoœść i

sieroctwo wichury. Coraz cz궜ciej otwierały się teraz drzwi sieni i

wpuszczały okutanego w opończe i szale goœścia. Zziajany sąsiad lub

znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy i wyrzucał z siebie

zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które

fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy.

Sklepy cynamonowe · 第 132 / 145 题