i czarnym, szerokim okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi
strychu. Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i
nasłuchiwał, jak strych grał od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury
miechy żeber strychowych składały się w fałdy i dach wiotczał i zwisał
jak ogromne płuca, z których uciekł oddech, to znowu nabierał tchu,
nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak sklepienia gotyckie,
rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego echa, i huczał jak
pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o wichurze, Adela tłukła
cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja przyszła w odwiedziny.