z wzdętymi płaszczami wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęła
zaraz na progu domu. Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać
było przez okno nawet latarki, którą ze sobą zabrali. Pochłonąwszy ich,
wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić
ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i
sadzą. Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały
się słyszeć wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się
nam, że słyszymy wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu,
że brat z Teodorem gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak
łudzące, że Adela otworzyła drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i
brata mego, wynurzających się z trudem z wichury, w której tkwili po
pachy. Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą.