nie wskazałem nawet spojrzeniem na kondora, matka odgadła od razu,
zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem umyślnie upłynąć chwili,
żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym spokojem, opanowując
wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim razie te wszystkie
plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu? Lecz jej rysy, które w
pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się znowu
porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były
puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem
- ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę. Usta jej drżały
lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. - Nie
kłamałam - rzekła, a usta - jej napęczniały i stały się małe zarazem.