dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już sypał się miękki puch
zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie samotnie w salonie. W
tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca
wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble
przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej
dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór
pawich, stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach.
Był to element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności,
jak rozhukana klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej
swawoli poza oczyma. Świdrowały te oczy dzień cały i wierciły dziury w
ścianach, mrugały, tłoczyły się, trzepocąc rzęsami, z palcem przy
ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i psoty. Napełniały pokój
świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle, dookoła
wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze dziurki
od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na sofie,
nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,
mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało
mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z
kolanami przyciśniętymi do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w
zamyśleniu, delikatną materię jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: -