się wszystko przykładnie w ten pointowany obraz bulwaru
wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje się i rozprzęga
ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej roli, rozpada
się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego pustego
teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na
tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska. Wbrew
lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą
nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,
parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi
kamienicami, które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów,
ślepych okien biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod
domami płynie rzeka tłumu. Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski,
ale jezdnia, jak place wiejskie, zrobiona jest z ubitej gliny, pełna
wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny dzielnicy służy do porównań w tym
mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą i porozumiewawczym błyskiem w
oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen
gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo
zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej,
bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera
dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i,
rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają
w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości.