i fiołków. Wjechaliśmy w teren pagórkowaty. Linie wzgórzy, włochatych
nagimi rózgami drzew, podnosiły się jak błogie westchnienia w niebo.
Ujrzałem na tych szczęśliwych zboczach całe grupy wędrowców,
zbierających wród mchu i krzaków opadłe i mokre od śniegu gwiazdy.
Droga stała się stroma, koń poślizgiwał się i z trudem ciągnął pojazd,
grający wszystkimi przegubami. Byłem szczęśliwy. Pierś moja wchłaniała
tę błogą wiosnę powietrza, świeżość gwiazd i śniegu. Przed piersią konia
zbierał się wał białej piany śnieżnej, coraz wyższy i wyższy. Z trudem
przekopywał się koń przez czystą i świeżą jego masę. Wreszcie ustał.