przechodziły zwolna, w miarę posuwania się, w parki wielkodrzewne, a te
w lasy. Nie zapomnę nigdy tej jazdy świetlistej w najjaśniejszą noc
zimową. Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na
której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane
liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii
niebieskiej. Powietrze stało się lekkie do oddychania i świetlane jak
gaza srebrna. Pachniało fiołkami. Spod wełnianego jak białe karakuły
śniegu wychylały się anemony drżące, z iskrą światła księżycowego w
delikatnym kielichu. Las cały zdawał się iluminować tysiącznymi
światłami, gwiazdami, które rzęsiście ronił grudniowy firmament.