dobroduszną. - Pojedziemy, paniczu? - zapytał. Powóz zadygotał we
wszystkich stawach i przegubach swego wieloczłonkowego ciała i ruszył na
lekkich obręczach. Ale kto w taką noc powierza się kaprysom
nieobliczalnego dorożkarza? Wśród klekotu szprych, wśród dudnienia pudła
i budy nie mogłem porozumieć się z nim co do celu drogi. Kiwał na
wszystko niedbale i pobłażliwie głową i podśpiewywał sobie, jadąc drogą
okrężną przez miasto. Przed jakimś szynkiem stała grupa dorożkarzy,
kiwając nań przyjaźnie rękami. Odpowiedział im coś radośnie, po czym nie
zatrzymując pojazdu, rzucił mi lejce na kolana, spuścił się z kozła i
przyłączył do gromady kolegów. Koń, stary mądry koń dorożkarski,
oglądnął się pobieżnie i pojechał dalej jednostajnym, dorożkarskim
kłusem. Właciwie koń ten budził zaufanie - wydawał się mądrzejszy od
woźnicy. Ale powozić nie umiałem - trzeba się było zdać na jego wolę.