się na drugą stronę, ale księżyc, zagrzebany w pierzyny obłoczków, które
rozświetlał swą niewidzialną obecnością, zdawał się mieć przed sobą
jeszcze nieskończoną drogę i, zatopiony w swych zawiłych procederach
niebieskich, nie myślał o świcie. Na ulicy czerniało kilka dorożek,
rozjechanych i rozklekotanych jak kalekie, drzemiące kraby czy karakony.