i urządzonych z olśniewającą wspaniałością. Szpalerem obić jedwabnych,
luster złoconych, kosztownych mebli i kryształowych pająków biegł wzrok
w puszysty miąższ tych zbytkownych wnętrzy, pełnych kolorowego wirowania
i migotliwych arabesek, plączących się girland i pączkujących kwiatów.
Głęboka cisza tych pustych salonów pełna była tylko tajnych spojrzeń,
które oddawały sobie zwierciadła, i popłochu arabesek, biegnących wysoko
fryzami wzdłuż ścian i gubiących się w sztukateriach białych sufitów. Z
podziwem i czcią stałem przed tym przepychem, domyślałem się, że nocna
moja eskapada zaprowadziła mnie niespodzianie w skrzydło dyrektora,
przed jego prywatne mieszkanie. Stałem przygwożdżony ciekawością, z
bijącym sercem, gotów do ucieczki za najlżejszym szmerem. Jakże mógłbym,
przyłapany, usprawiedliwić to moje nocne szpiegowanie, moje zuchwałe
wścibstwo? W którym z głębokich pluszowych foteli mogła, nie
dostrzeżona i cicha, siedzieć córeczka dyrektora i podnieść nagle na
mnie oczy znad książki - czarne, sybilińskie, spokojne oczy, których
spojrzenia nikt z nas wytrzymać nie umiał. Ale cofnąć się w połowie
drogi, nie dokonawszy powziętego planu, poczytałbym był sobie za
tchórzostwo. Zresztą głęboka cisza panowała dookoła w pełnych przepychu
wnętrzach, oświetlonych przyćmionym światłem nie określonej pory. Przez
arkady korytarza widziałem na drugim końcu wielkiego salonu duże,
oszklone drzwi, prowadzące na taras. Było tak cicho wokoło, że nabrałem
odwagi. Nie wydawało mi się to połączone ze zbyt wielkim ryzykiem, zejść
z paru stopni, prowadzących do poziomu sali, w kilku susach przebiegnąć
wielki, kosztowny dywan i znaleźć się na tarasie, z którego bez trudu
dostać się mogłem na dobrze mi znaną ulicę. Uczyniłem tak. Zeszedłszy na
parkiety salonu, pod wielkie palmy, wystrzelające tam z wazonów aż do
arabesek sufitu, spostrzegłem, że znajduję się już właściwie na gruncie
neutralnym, gdyż salon nie miał wcale przedniej ściany. Był on rodzajem
wielkiej loggii, łączącej się przy pomocy paru stopni z placem miejskim.
Była to niejako odnoga tego placu i niektóre meble stały już na bruku.
Zbiegłem z kilku kamiennych schodów i znalazłem się znów na ulicy.