włochatej sierści zarośli, w masie kruchego chrustu były miejscami
nisze, gniazda najgłębszej puszystej czarnoci, pełne plątaniny,
sekretnych gestów, bezładnej rozmowy na migi. Było w tych gniazdach
zacisznie i ciepło. Siadaliśmy tam na letnim miękkim śniegu w naszych
włochatych płaszczach, zajadając orzechy, których pełna była leszczynowa
ta gęstwina w ową wiosenną zimę. Przez zarośla przewijały się bezgłośnie
kuny, łasice i ichneumony, futrzane, węszące zwierzątka, śmierdzące
kożuchem, wydłużone, na niskich łapkach. Podejrzewalimy, że były między
nimi okazy gabinetu szkolnego, które choć wypatroszone i łysiejące,
uczuwały w tę białą noc w swym pustym wnętrzu głos starego instynktu,
głos rui, i wracały do matecznika na krótki, złudny żywot. Ale powoli
fosforescencja wiosennego śniegu mętniała i gasła i nadchodziła czarna i
gęsta oćma przed świtem. Niektórzy z nas zasypiali w ciepłym śniegu,
inni domacywali się w gęstwinie bram swych domów, wchodzili omackiem do
ciemnych wnętrzy, w sen rodziców i braci, w dalszy ciąg głębokiego
chrapania, które doganiali na swych spóźnionych drogach. Te nocne seanse
pełne były dla mnie tajemnego uroku, nie mogłem i teraz pominąć
sposobności, by nie zaglądnąć na moment do sali rysunkowej,
postanawiając, że nie pozwolę się tam zatrzymać dłużej nad krótką
chwilkę. Ale wstępując po tylnych, cedrowych schodach, pełnych
dźwięcznego rezonansu, poznałem, że znajduję się w obcej, nigdy nie
widzianej stronie gmachu. Najlżejszy szmer nie przerywał tu solennej
ciszy. Korytarze były w tym skrzydle obszerniejsze, wysłane pluszowym
dywanem i pełne wytworności. Małe, ciemno płonące lampy świeciły na ich
zagięciach. Minąwszy jedno takie kolano, znalazłem się na korytarzu
jeszcze większym, strojnym w przepych pałacowy. Jedna jego ściana
otwierała się szerokimi, szklanymi arkadami do wnętrza mieszkania.