Profesor przechadzał się dostojnie, pełen namaszczenia, wzdłuż pustych

ławek, wśœród których rozrzuceni małymi grupkami, rysowaliœśmy cośœ w

szarym odblasku nocy zimowej. Było zacisznie i sennie. Gdzieniegdzie

koledzy moi układali się do snu. ڌwieczki powoli dogasały w butelkach.

Profesor pogrążał się w głęboką witrynę, pełną starych foliałów,

staromodnych ilustracyj, sztychów i druków. Pokazywał nam wśœród

ezoterycznych gestów stare litografie wieczornych pejzaży, gęstwiny

nocne, aleje zimowych parków, czerniejące na białych drogach

księżycowych. Wśœród sennych rozmów upływał niespostrzeżenie czas i biegł

nierównomiernie, robiąc niejako węzły w upływie godzin, połykając kędyśœ

całe puste interwały trwania, Niespostrzeżenie, bez przejśœcia,

odnajdywaliœśmy naszą czeredę już w drodze powrotnej na białej od śœniegu

œścieżce szpaleru, flankowanej czarną, suchą gęstwiną krzaków. Szliœśmy

wzdłuż tego włochatego brzegu ciemnośœci, ocierając się o niedŸwiedzie

futro krzaków, trzaskających pod naszymi nogami w jasną noc

bezksiężycową, w mleczny, fałszywy dzień, daleko po północy. Rozprószona

biel tego śœwiatła, mżąca ze śœniegu, z bladego powietrza, z mlecznych

przestworzy, była jak szary papier sztychu, na którym głęboką czernią

plątały się kreski i szrafirunki gęstych zarośœli. Noc powtarzała teraz

głęboko po północy te serie nokturnów, sztychów nocnych profesora

Sklepy cynamonowe · 第 87 / 145 题