Zasiadaliśœmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle

proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,

dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek

z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową

do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliœśmy w nich herb owego dnia,

emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliœśmy go

pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą

fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą

kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy

wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśœli

heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z

wygotowanymi oczyma - czuliśœmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami

pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z

resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich

ceregieli. Wœród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z

energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na

otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.

Sklepy cynamonowe · 第 36 / 145 题