ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na
jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość. Budziło nas głośne
sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła
czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor
złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych
bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale
szczęśliwy moment mijał, amalgamat świtu przekwitał, wezbrany ferment
dnia, już niemal dościgły, opadał z powrotem w bezsilną szarość.