leniwie w zimnych pokojach, przy świetle świecy odbitej wielokrotnie w
czarnych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,
rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu
słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,
brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą
ciemność. Matka nie mogła dojść do ładu z toaletą. Świece dogasały w
lichtarzu. Adela przepadała gdzie w odległych pokojach lub na strychu,
gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody
jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośle
sadzy w gardzieli komina. Świeca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.