barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doświadczał
świdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem
dziwnej senności. Łóżka cały dzień nie zaścielone, zawalone pościelą
zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do
odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejś czarnej, bezgwiezdnej