Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych

czarnych liśœci obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod koœściołem, odrywały

się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właœściwego miejsca

na właœściwej gałęzi, a o œświcie ulatywały wielkimi stadami - tumany

sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym

krakaniem mętnożółte smugi œświtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak

zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,

z leniwą sennośœcią. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,

studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny

posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę

salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem

wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach

pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na

szczycie drabiny - majstrował cośœ przy suficie, przy kamiszach wysokich

okien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy

posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej

ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków

sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy

matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go

wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnoœściach najbliższego „ultimo”,

słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej

twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażeby

pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i z

podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższą

ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliœśmy wówczas jeszcze smutnego

tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.

Sklepy cynamonowe · 第 26 / 145 题