zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami
zakamarki, szukając czegoś zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,
gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała
długo wołać Jakubie! i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś
szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i
pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go
zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę
symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna
zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z
wzrokiem zamglonym i z miną chytrze umiechniętą trwał godzinami, ażeby
z nagła przy czyim wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać
jak kogut. Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z
dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych
potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym
głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliśmy
zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb, odpowiadał
urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz
zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z
wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.