gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego świegotu, którego
trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał
niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieś w zapadłych zakamarkach
mieszkania i nie można go było znaleźć. Stopniowo te zniknięcia
przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśmy do nich i kiedy po
wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie
zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliśmy po prostu brać go w
rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co
rzeczywiste. Węzeł po węźle odluźniał się od nas, punkt po punkcie gubił
związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego
pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garść bezsensownych dziwactw
- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka
śmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na
śmietnik.