tą bezbronnością, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśmy wodę z
sokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębszą
esencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej
rozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujającego już jakby poza
granicami osoby, zaledwie luźnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach
formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,
gotowej rozpaść się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodność
niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.