w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,
mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,
zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe świetlane i jasne
światy, jak te idealne i szczęśliwe obrazy zamknięte w niedościgłej
doskonałości baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi
oleodrukami, pożartymi przez pleśń i oślepłymi od starości,
odnajdowaliśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieściło się
w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi
i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich
własnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi, których ciemne
westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący świadkowie
wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów-otworzyły się bezgłośnie
jak odrzwia szafy i weszliśmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniu
swego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestach
wydali nam swoją tajemnicę. Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z
nimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym
deseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem na
ramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez
gęstą zieleń ogrodu. Spod ściany podniosła się ciotka Agata, wielka i
bujna, o mięsie okrągłym i białym, centkowanym rudą rdzą piegów.