Zdawało się, że sam aromat męskośœci, zapach dymu tytoniowego, dowcip

kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecośœci do rozpustnego

dzieworództwa. I właśœciwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej

troski o dzieci były tylko kapryszeniem i dąsaniem się nie zaspokojonej

płodnośœci, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej

kokieterii, którą nadaremnie dośœwiadczała męża. Wuj Marek, mały,

zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym

bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym

zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,

rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieœ

zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecoœści

odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo

niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskośœci. Było

coœś tragicznego w tej płodnośœci niechlujnej i nieumiarkowanej, była

nędza kreatury walczącej na granicy nicośœci i œśmierci, był jakiś heroizm

kobiecoœści triumfującej urodzajnośœcią nawet nad kalectwem natury, nad

insuficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej paniki

macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach

nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. Weszła

Sklepy cynamonowe · 第 16 / 145 题