I pocałowała go w usta.

Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej.

--Chodźże bliżej.

Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię,

zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.

--Lubię patrzeć w niebo.

Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.

Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet

uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna.

Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po

niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się

skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie

pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia

lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary

bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok

starał się dostrzedz... nieskończoności.

Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem

tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda

ciężary.

Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie

własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu

się, że nie potrafi już sobą ruszyć--ale w dreszczach ciała czuł za to

pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc,

pogrążał się w rozkosz unicestwienia.

Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką.

--Co widzisz teraz?--zapytała go z uśmiechem w głosie.

--Krew twoją.

--Bardzo czerwona?

--O nie, różowa ledwo, jak...--Urwał.

--Jak... no... powiedz.

--Jak u ryb.--Uśmiechnął się.

Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając z ziemi. Na wpół rozplotły się

jej włosy i na czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, jak

strumień złota pociemniałego w ogniu. Od przypływu krwi rozpaliły się

jej na licach rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak z pod rzęsów

długich padało nań spojrzenie rozmiłowane, pieszczotliwe.

Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym niby wyrzutem w oczach

szepnęła: Ty, ty...

Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; zarzuciła mu ręce na

szyję, tuląc ku sobie.

................................

Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał kręgu, stanęło wprost nad

nimi, oblało ich żarem, świeciło w oczy.

--Trzeba iść.

--Ale dokąd?--Zamyślili się oboje.

--Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.

Zgodziła się odrazu.

Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli.

Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi

tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku

stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły

zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty,

rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu.

Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród

gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i

krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli

już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż

huczało od kłótni fal.

Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle.

Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków

zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się

ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł.

Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny,

zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się

w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód.

Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc

osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody,

staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się

nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła

sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał

barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy,

rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne

przepadały z oczu.

Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się

też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że

zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli

dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę

poczuli się razem, sobie blizcy.

W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak

na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.

Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez

potok--ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała

się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę.

Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się

ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd

potok rwący im groził. Mniemane niebezpieczeństwo, które zewsząd niby

ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało.

--Jak tu dobrze, jak pięknie--najdroższy.

--Ubóstwiam ciebie.

Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną w niej rozkołysał, gdyż

umilkła, zamyśliła się i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące po

fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą upadł, wymknąwszy

się z liści, blask słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą nieco

jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. Przez migotanie tych

błysków złotawych, jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył z

zachwytem na te plamy słoneczne, drżące barwami ognia i krwi. Ale ona

zamyśliwszy się nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej

przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy jak mógł, pochylił

się, aby zajrzeć jej w twarz i spytał:

--Co tobie?

--Smutno mi, smutno.

--Czemu, jedyna?

--Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, ucieka... Już sierpień...

Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go za szyję i zaczęła całować

po ustach, po czole, po oczach--bez pamięci. Przebiegł oboje dreszcz

chłodny, jesienny, trwożny.

Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos dzwonków miedzianych--powracały

stada.

Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem i zanurzywszy dłoń w wodzie,

prysnęła mu na twarz. Wyrwali się tęsknocie.

Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, niby rozsypane klejnoty, i

całować ją począł i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.

--Puść mnie, puść mnie.

Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o

wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją

wpół i podtrzymywać.

--Jakiś ty silny.

Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się

z rąk.

--Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada--już

szósta. Spostrzegą, żem wyszła.

Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień--wreszcie wybiegła na

brzeg.

--Kochany, drogi, do jutra.

Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej

suknia.

Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:

--Do jutra.

Jeden miesiąc życia: utwory prozą · 第 10 / 21 题