Pierwszy wiersz.
Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, nieutulona, nieokiełzana,
prawie głośna rozpacz, Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi--i
wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu wszystkie barwy i w szarą
mgłę smutku, jednostajną i miękką owinęły się dlań wszystkie kształty.
Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból jego stracił wtedy tę okrutną
jasność, która przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło w nim
jakby na śmierć zmęczone, i gorzki żal zawodu uciszał się zwolna,
roztapiając się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany wszędzie brak.
Nieraz w ciszy samotnych wieczorów z długiego udręczenia rozdartej
miłości zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość mętna, że
czegoś niema, czegoś, co może życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem,
lub może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść można wydawało mu
się tak lichem i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało z całego życia
swego, z zabiegów różnych, nadziei i dążeń. Nawet te zbiory wierszy
dźwięcznych, pieszczonych, w które wkładał cały swój kunszt wytworny i
subtelny, cały talent i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych i nic już nie pragnących
było mu gorzką radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić się tak
niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim nawet wyobraźnia i zdolność
poety, ta chęć twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt inny.
Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, w ubóstwie ducha, skazanego na
jedno wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez przerwy składał dla
niej. Wdzięczność wielka i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki
przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu w tem całopaleniu własnem, w
samobójstwie, którego jedyną trucizną był żal.
Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką długich godzin, które
spędzał błądząc po mieście bez celu, obojętny wszystkiemu, z
uśmiechniętą twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum tłumów, obijał się o
jego uszy i rodził w nim tylko--chwilami--wielkie zdziwienie. Im więcej
obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, tym lepiej czuł, że bliższą mu
jest i żywszą--przeszłość. Niekiedy przesiadywał też do późnej nocy na
werandach kawiarń i znajomi rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi temu życie ich jest
niczem. Dopiero gdy ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
niejeden uczuł, że nie wiążą ich już nawet słowa.
Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę kościelną, w pół jasny brzask
pod sklepionymi łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy w ławce
i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, niezmącony nawet szeptem
modlitwy; wzrok jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, na
szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, na liniach wysmukłych,
lecących gdzieś ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb wielka i
jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy ją prawie z zawiasów
cielesnych, niosła na przestwory dalekie, gdzie zostawał już całkiem sam
z tą jedną myślą swoją. I wtedy przeczucie tej wieczności, w którą nie
wierzył, lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało go--na
chwilę--lękiem tęsknoty zaziemskiej, samotności bezgranicznej. Więc z
zamyśleń takich dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, lecz i
trwożna, i z trwogi prawie o łaskę wołająca. Pod groźbą tego strachu,
jak w dziecku, rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść na kolana i
szlochać i błagać Boga, żeby go tą wiecznością nie karał, lub ją
błagać, aby go na wieczność te nie odbiegała.
A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał mu trzeźwą równowagę myśli,
z widzeń zaśmiertnych zostawała mu złowroga radość, że tęsknota
przerwała już tamy, któremi rozum graniczy z obłędem.
Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku
kościół gotycki.
Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych
barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste
sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni
chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny,
ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza
owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły
go wtedy w gardle--ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie
powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się
wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć,
aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł
godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z
oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł,
które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do
westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z
uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł
wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk
i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie
trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero,
że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już
pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień,
martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego
chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli.
W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały
go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i
niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe
ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami,
duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste
anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów,
obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie
budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi.
A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię
wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po
»Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic
nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była
sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież--i
nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać
musiał swoim oczom--że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał
twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną.
Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w
bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu
dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w
objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak
uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych
wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta
wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował
pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno
szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim
i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos
zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej,
złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu
zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
ścisnęła mu krtań, jakgdyby oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił
krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez
wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil,
kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i
żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z
innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i
szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów;
w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz
podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole
otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół
napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi...
Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się
potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i
rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o
kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy
jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w
oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od
płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym
błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego
płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno
tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na
kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać
zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga...
................................
................................
Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie
ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał
dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że
miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy
przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie
powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i
doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie
wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła
mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami
zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie
rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota
jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający
smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.
Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby
ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa
rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia.
Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl
jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i
drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i
piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie,
jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte,
pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane
nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu
nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy
niej.
.....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe
Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe
Światło.....
I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając
się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów,
dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można
wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je
wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co
przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą
głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które
brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski
zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego
twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam
na pierwszej napotkanej ławce siadł...
Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą
czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła
aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem
zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie:
majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia,
które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety
ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat,
niewiadomo przed kim i dla kogo.
Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą
Dłoń mi na usta położyła drżące
I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,
Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,
Że ciebie nagle otoczyły całą
Mgły przeźroczyste i złotem świecące,
I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,
Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,
I że się oto modlić będę... tobie.
I jużem ukląkł...
Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co
był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu
na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze
teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie
wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć
tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się
przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i
natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i
kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej
małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i
jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach
rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w
ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł
na ziemię.
Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i
błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz
cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i
nieodwołalniej...