(SIELANKA).
W pełnem słońcu.
--Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna--powtarzał prawie bezwiednie,
wpatrzony w jej twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, w usta
drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne i pieszczoty. Tyle razy spotykał
ją tutaj i za każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie jest
właściwie piękna, ani nawet może ładna, ale właśnie śliczna: tak jakoś
dziwnie zestrojona z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak
jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak uśmiecha się błękit, i tak
nęcąca, jak nęci sina dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. Chwilami
wierzyć mu się nie chciało, że przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak
kwiat, na polu.
Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał jej oczy, skronie, włosy
ciemnozłote, jedwabiste, miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, bezwładnie zdawała się roztapiać
pod pieszczotą całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.
--Dosyć, dosyć... chodźmy.
Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.
Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie nic, poszli.
Szli miedzą.
Złotozielony owies ścielił się im do stóp; chabry błękitne, białe
rumianki, kąkole krwiste wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu
jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby rzucony na trawę szmat
nieba i jeszcze drżący. A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń
dojrzewających zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne wystrzelały z ziemi
jodły wysmukłe; na krańcu, jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła
srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej w świetliste zasłony
przystrajała ciemne plamy lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie
odbierała światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna unosiła się w
błękitnem powietrzu, trącała rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita
wracała znów w przestrzeń, jaśniejsza.
Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już z szumem skrzydeł swych o
trawy. Kiście mietlicy nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle okręciły się kilka razy w
gonitwie, lecz jakby zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał szum potoku, radosny
zgiełk fali, skaczącej po kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet
dla ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; ciszy.
Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż buchał odurzający miodowy
zapach południa. Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył wonie mocne
i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... i chęć życia.
Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy tyle tylko jest świata,
ile wzrok ogarnie, i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.
Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę wśród łąki. Zatrzymali
się mimowolnie i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał ją nagle
rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, jak dziecko. Czuł przy sobie
jej postać wiotką i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń zbliska
ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. Usta ich złączyły się w
pocałunku długim, głębokim. Po chwili chciała usunąć odeń głowę. Nie
mógł oderwać się od niej, upajał się jej tchnieniem.
--Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć sobą... Pił oddech jej ust,
jak woń kwiatu. Świat zakręcił mu się w oczach.
Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze sobą rozmów długich. Wśród
tej przyrody, szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. Na tle jasnego błękitu
widział nad sobą owal jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało ją
powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami światła i czyniło ją
samą podobną do światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, wszystko się
ku niej chyliło miłośnie.
--Śliczna ty moja--szepnął.
Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od
dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od
niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy.
--Nie patrz na mnie, nie patrz...
Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i
czole czuł dreszcz i ciepło.
Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a
zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie:
--Kochany mój, nie... nie, drogi.