--Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od
nikogo wiadomości o tobie dostać nie można.
--Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.
--Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać.
--Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie.
Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie
wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać.
--Ale czegóż stoisz, siadaj.
Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem,
nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć.
--Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz--zwrócił się do
dziewczyny--i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa.
Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku
mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne
jego manierą w stosunkach towarzyskich.
Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była
ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
delikatnemi liniami zarysowały się po kolana.
--Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem.
--Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna.
Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet.
Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało
mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli.
Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem
piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się
lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za
wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik
i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy
przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą,
zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech
szklankach.
--A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?
--Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;
--Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
--Przecież mój drogi, nie są gorsze ...
--Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z
zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.
--Przyznam ci się...
--Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło
się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno,
tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie
w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i
powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa,
kłamstwa!
Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby
szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich
zapomniał.
--Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to
was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał
istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy--tej prawdy, która
wiesz, że nie istnieje--miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś?
Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą
godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie.
Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz
reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych
ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka
wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie
wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się
za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.
--Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem
trochę zirytowany.
Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną.
--Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej
moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto:
obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj
przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam
sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone
winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz
tak wyglądał.
Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery,
widać było, że mięśni swych nie stracił.
--Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po
ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej
miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.
Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten
rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na
kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła
do siebie.
--Pójdę spać, rzekła do Jerzego.
--Dobrze, odpowiedział jej krótko.
Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę,
zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej
ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.
Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak
nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie
do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.
--Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...
--Starczyło już na pięć lat.
--Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego
zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby
tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną,
która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś
nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować,
młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...
--I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz
chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na
tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że
to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma
żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych
kołnierzach i kaftanach duszę!
Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu
bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.
Milczałem. Cóż miałem mówić?
--Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę
zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną
cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem,
ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba
płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po
kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły
parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne,
zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A
to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się
zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę!
To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa.
Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się
głębiej na fotelu, milcząc.
Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył
drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna,
że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym
grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z
żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić
już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że
powinienem, że muszę iść do domu.
--Żegnam cię--powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie.
Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej
chwili widzieć.
--Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w
porządnym domu.--Zaśmiał się ironicznie.--Bądź zdrów!
Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie
budził uśpioną dziewczynę.
Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście
kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez
ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki,
zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów.
Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając
wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem
jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w
rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była
zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i
pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z
temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych
geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest,
nie mogło być.
Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto
na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać
się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę
lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla
ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu
na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój
oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy
nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie
wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej.
Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną
twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl,
której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: _Das
Laster ist doch schön..._