Spotkanie.
Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w
błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne
zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem
istot bardziej upadłych, bardziej podłych.--Zkąd nagle rodzi się to
głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce,
gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym
się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i
chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe
zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym,
zwykle tłumiony w głębi.
Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym
październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i
płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten
nie będzie miał końca--tak dawno zaczęły się niepogody--że stanął bieg
czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego
samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany
gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie
codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz
sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z
pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w
sobie, że mię unieszczęśliwiła.
Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że
dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się
sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby
robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i
widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz,
to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym
kroku.
Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach
wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych,
dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody.
Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich
nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent
byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami:
»Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje
mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które
zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się
śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem
likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych
plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna
noc.
--Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.
--Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać.
--To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.
--Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.
--Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy
żonkosiu--żonkosiem stale mnie nazywali--o tem mówić, jeszcze się
pogniewa i obrazi.
--Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.
--Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.
--Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek--miałem dobrze w
głowie.
--Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.
--Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do
... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.
Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze.
Przeszedłem ich oczekiwania.
--Pojadę z wami, rzekłem.
Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko.
Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem
głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już
kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.
--Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę.
Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...
Pocałowaliśmy się.
Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać
muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z
rozczulenia przez całą drogę.
Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni:
pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w
kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy
szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic
do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz
nas--siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego
twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które,
niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było
obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą
blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie
każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał
im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich,
kto to taki.
--Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat
podobno i adwokat.
--Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na
tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.
Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i
twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta
ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie
widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości--to on.
Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu.
Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie
poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia
gimnazyum.
Przedstawiłem się.
Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę.
Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze
lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i
we włosach nad skronią--czego nie mogłem dostrzec z tyłu--przeświecała
gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.
To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w
niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie.
Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie
zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano.
Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog--ważna figura
w gimnazyum--który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie
spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał
przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy
miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.
Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą,
podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo,
słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny,
został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał
sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były
może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas
nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt
chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat
straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
się obraca.