PRZYSIĘGŁY.

Przysięgły.

_Dnia 5 maja._

Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak prosta, że obrady nasze, nie

wiem czy pół godziny trwały. O piątej popołudniu przewodniczący wręczył

nam pytania i objaśnił, co każde z nich znaczy i jakie za sobą pociąga

skutki, a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na wszystkie pytania

odpowiedzieliśmy _tak_, jednomyślnie. Nawet doktór Kuczyński, który od

czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie upatruje suggestyą, nawet ten

musiał odrzucić swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście ani jednej

okoliczności, zmniejszającej winę. Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch

wypędzony z warsztatów za ciągle awantury z majstrami i kolegami,

dręczył matkę, która go napominała; ostatni, ciężko zapracowany grosz od

niej wyłudzał, aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej rzeczy, których

oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem uderzeniem siekiery. I żeby choć

cień skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, aby korzystać z

czasu, rzeczy za bezcen sprzedał i poszedł pić do szynku ze znajomemi

prostytutkami; u jednej z nich go znaleziono. W sądzie opowiadał o

zabójstwie z krwią najzimniejszą, choć rozumiał dobrze co go czeka, bo

siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż na gardło swoje, jakby chciał

rzec: »ostrożnie ze słowami, bo powieszą«.

Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła uczuć moralnych; wrażliwość

nawet zmysłowa osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.

Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o

godzinie 12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do godziny 6-tej

pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin zabrania jadać w sądzie. Z

prawdziwą rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. Sprawa ciągnęła się

tydzień i przez ten czas prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem

jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś trochę kaszlał, nie zdążyłem

nawet posłać po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie mówiłem nawet.

Wyobrażałem sobie szczekanie psa w przedpokoju, radość dzieciaków,

uśmiech żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej sprawie już nie

myślałem.

Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi

i Franka--łamigłówkę. Toż będzie uciecha!...

Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem

się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi.

Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie

widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«--zapytałem

przestraszony.

--Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują.

Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u

mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży

Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim

szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama

zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.

Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym

bólem.--Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się

spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to

można je prawie pokochać.

--Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie

trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.

Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go

uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne

nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem

koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi

naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie

jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak

bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor!

Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po

rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić.

Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy

go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek.

Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem

rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru

prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy

oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że

drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę;

nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się

ruszały. Trwało to chwilę--ustało w końcu. Nie żył.

Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni,

rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co

mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z

wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do

łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie

pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal

Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni.

Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy z sądu, cieszyłem

się, że wieczór w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.

Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście dobrze mi się wiodło! W

domu zmartwienie, a tu wpadli na mnie dwaj znajomi i kazali opowiadać

wszystkie szczegóły przeklętego procesu. Przecież to była _cause

célèbre_! I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, któremi

mi cały tydzień zajęto. Trzymali mnie do pierwszej po północy. Musiałem

im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania świadków, odpowiedzi

oskarżonego, wszystko. To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, na

miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie psa znów nie przejadą.

Wróciłem późno do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich.

_Dnia 6 maja._

Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego psa tak rozstroiła, że dotąd

się wzdrygam, gdy na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj do

późnej nocy o tym procesie mówił, ale dziś od rana z myśli mi nie

schodzi. Jestto tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na jeden

punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, że doprawdy mam zawrót

głowy, jak ten, kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż mu barwne

kółka przed oczami skakać zaczną. i nie tylko myśli mam jakby

zaczarowane, na zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, ależ

najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego zabójcę i te całe hordy

jego przyjaciół i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. Nie

jestem muzykalny, melodyi zapamiętać nie umiem, a teraz zdaje mi się, że

mógłbym odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. Musiałem bacznie

czuwać nad sobą, abym nie spróbował _jego_ głosem mówić. Przypominam

sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci mógłbym chyba powtórzyć

wszystkie akty.

Co to jest? Przecież między nami skończone wszystko. Spełniłem swój

obowiązek; wybrano mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem żadnych

wątpliwości, powinienem wrócić do swych zajęć, a nie myśleć o tem,

gdziem wszystkiego, czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo muszę być

niezdrów, to tylko mnie ten proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas

Tański; mówił wciąż o swej podróży do Wiednia i o tem, że zapewne

dostanie tam awans; przecież, gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem ze

mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu wspominać o wczorajszym sądzie,

ale widziałem, że go ten przedmiot wcale nie zajmował. Muszę się

przezwyciężyć. Zresztą to samo przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić

mogło, abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo tego zabójstwa w

myśli się kręcił. Matkę już pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz

obchodzi?

_Dnia 8 maja._

...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten jedyny tak mnie ciągnie,

tak zajmuje, że już nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze

rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem o jego losie, słuszną

więc jest rzeczą, abym dopóki on jest jeszcze, o niego się troszczył.

Nie należy przecież obowiązków swoich zbywać machinalnie. To dobre dla

panów urzędników, radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, że już

cały obowiązek wykonali. Nie, papier podpisywany przeczytać, rozkaz

wydany śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. Ja takim

chcę być, dlatego śledzę i śledzić muszę.--Tembardziej, że ten człowiek

mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały tydzień się z nim spotykałem,

zadawałem mu pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem ją trochę.

Chcę więc wiedzieć, co się z nim dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem

wydać wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej się nie

troszczyć--to nie dosyć. Przecież słowa nasze, to nie Jowiszowe gromy,

nie zabijają od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy przewodniczący

odczytał: Pułkowski Jan skazany jest na powieszenie--do samej śmierci

ten człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to trochę życia, które mu

zostaje, czy to rozkosz dla niego, czy kara.

W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, co on teraz czuje,

powinienem z nim być.

Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do jego celi wpuścić kazał. Ja

muszę go widzieć, muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.

_Dnia 9 maja._

Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty moje są przecież jak

najściślejsze i nie do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to

prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi oświadczył, że nie może nic

dla mnie uczynić, albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz dozorcy,

widywać się nie ma prawa; ostatniego dnia wolno skazańcowi zażądać do

celi, kogo zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest wysoce

niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego kaprysu tak wyjątkowe położenie

człowieka. Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya powieściowe

robić? Ja chcę zbogacić kodeks o jedną grozę nową, a znieść tę krew,

która się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny jest

straszną karą, to będzie można skazywać już nie na śmierć, lecz na

krótszą lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego na 5 lat

ciągłego lęku śmierci. Przez 5 lat w każdej chwili może wejść oprawca i

zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie czy kat wejdzie--i umiera

przy każdem skrzypnięciu rygli, przy każdym odgłosie kroków,--a jednak

żyje.

Rekursu nie założył, zrzekł się więc już wszelkiej nadziei.

Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, ale ja znajdę sposób. Tak mi

się ten Pułkowski blizkim wydaje, tak znanym. Cóżby mi jego słowa

powiedzieć mogły?

_Dnia 10 maja._

Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, a jednak powinienem i muszę

wiedzieć.

_Dnia 11 maja._

Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne wysiłki mnie męczą.

Jestem zdenerwowany, silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; siedzę w

swoim pokoju. Mam odszukać duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją

swoją.

_Dnia 13 maja._

To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, tak niesłychane, a jednak

tak naturalne, że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. Łudziłem

się, łudziłem się jeszcze dziś rano. Jak mogło mi się zdawać, że to mój

obowiązek, obowiązek sędziego pcha mnie, żebym szedł wolny do jego celi

i dygotał z nim razem w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny mógłby

sobie zadać taką tytaniczną, a próżną katuszę? Komuby to na myśl

przyszło? Dziś wiem, że to była obłuda, przed samym sobą obłuda.

Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on

mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak

być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu

lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z

dotknięć zbrodni--tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i

zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy

go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,

najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę.

I narażać musiałem to, co mam najświętszego--czystość swoją, nie dla

bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla

sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą

zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja,

którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu

takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go...

Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i

odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te

same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył--dziedzictwo po przodkach

naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak

szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma

zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można!

Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu

zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie

zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie.

Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny

obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle

czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto

pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach

zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie

dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe

rżyska.

Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła,

czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod

moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto

mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto?

A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż

codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej

wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę,

ja--lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby

tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan

czy Bóg--wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją;

zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za

starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie

chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta

żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz

śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy?

Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o

miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w

oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię

spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej

do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który

na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I

pod ciężarem wiedzy tej upadam.

Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów

przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już

jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie

zmącił--cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie

wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej.

Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj

nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a

dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę.

On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i

kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w

każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania

słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno,

wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć

sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że

nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która

już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje.

Czy tak, czy tak umiera.

Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z

czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To

też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu

wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża

mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka

niteczka pęknie--to jego śmierć.

Ale nie to jest straszne.

Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila

zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny--spada i

dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa,

ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z

echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza

rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile!

I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople,

pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy...

raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja

szaleję... a pewno żyć będę.

Myśli moje, zostańcie zemną!!

_Dnia 16 maja._

Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie

jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod

kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna;

chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.

Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie

powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i

pluszczą, pluszczą, pluszczą.

Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę

na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć

mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć!

_Dnia 18 maja._

Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć

mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w

tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby

rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku

niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną

czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych

wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że

próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie.

Choć chwilę snu!

_Dnia 19 maja._

Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie się tak:

Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na wieżach: śpi jeszcze, bez

marzeń, bez widziadeł, słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,

klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale nie wie, nie czuje

jeszcze nic. Wchodzi cały szereg ludzi, cały tłum bez końca.

Prokurator, dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze,

ludzkość cała się zbiegła: jak oni się tam pomieścić mogą? On wstaje;

jak przed tyloma panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, zimnym

głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... wedle prawa... dziś o siódmej i

pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; mógłby powtórzyć wszystko,

choć pamięć ma nędzną--ale nie rozumie, nie wie co to ma znaczyć; wie,

że się zdarzyło, że się zdarzy coś wielkiego, strasznego, nic więcej.

Pytają go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. Życzenia? Pytają raz

drugi. Nie odpowiada; sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.

Wychodzą wszyscy,--nareszcie--ryglują znów drzwi. To chyba sen. Zostaje

tylko ksiądz--wysoki, cienki, chudy. Bierze go za rękę, mówi coś

jednostajnym, bezmyślnym głosem. Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega

mu jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, niby zdławiony ryk.

Zrozumiał. I znów cisza, tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz on

nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. Jest mu tylko ciężko w głowie,

w piersiach; nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia się w

nim wszystko, rozrywa. Chciałby się wyprostować, odchylić głowę,

odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.

Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest

bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy.

Ciężko, duszno--tylko ksiądz wciąż mówi.

Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, tak drży, że nawet nie wie o

tem; nie została mu taka cząstka świadomości, któraby na ten strach

spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża sobie. Będzie _coś, coś_

musi być. To coś już jest.

Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, te same tłumy. »Czas

iść«--mówi dozorca. Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, że gną

się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę z jednej,--dozorca więzienia z

drugiej strony. Podparty stoi--bezsilny, bezmyślny, prawie martwy.

Takiego trupa nie można wlec. Dyrektor każe podać napój wzmacniający.

Czekają wszyscy, milczą.

Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, gorący, z korzeniami. Nie pije.

Nie wie, czego od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa mu do ust.

Nie wypluwa, połyka--wszyscy czekają i milczą.

Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają żyć; przedtem był ślepy i

głuchy, teraz widzi i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.

Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: naprzód prokurator, potem

dozorca, potem on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy z

obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; stąpa, ale przewróciłby się,

gdyby go wypuszczono z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć się

wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe.

Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, tak jasny mu się zdaje.

Okienka są małe, ale dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej

ścianie okna występują jak złote plamy. Bawią go te świeciste plamy,

które z oknem drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty iskrzące

przechodzić musi. Obejrzałby się za siebie, gdyby więcej miał życia w

karku... i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma końca, bo nie

wierzy, żeby się ta droga kiedy przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż

krążyć będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc się w cieniu, to

nurzając znów w złotych blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za siebie

się nie ogląda, bo wie, że to wszystko jeszcze setki, tysiące razy

zobaczy. Idzie na śmierć spokojnie...

Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie w szumiących jasnych

kaskadach. Jak kamień rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. Dobrze,

że z tyłu podbiega dozorca i chwyta go za rękę, bo ksiądz i posługacz

nie unieśliby nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są u wrót

podwórza.

Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. Słońce obryzgało światłem mur

sąsiedniego domu i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby srebrne. Niebo

szafirowe, lśniące. Powietrze ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać

jakieś szmery z miasta, z pól, z życia.

Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze iść naprzód. Ksiądz szepce

mu do ucha. On pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, potem

spuszcza wzrok na mur przeciwległy. Kominy pobliskiego domu ostremi

cieniami odbijają się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają się jego

oczom. Opuszcza wzrok; na prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; w

głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość go ogarnia, wymiotowałby

prawie, gdyby był co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich poprzeczna

trzecia, w poprzecznej hak, na haku długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod

szubienicą para schodków: dla niego jedne, dla kata drugie. Przy

schodkach orszak katowski w odzieży czarnej, jak żałobnicy; pięciu

ludzi: kat główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy trzymają

ciało, nim trupem się stanie. I to wszystko widać jasno, o trzydzieści,

o dwadzieścia kroków--na tle błękitu, zielonych drzew i białego muru.

Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, szubienica zaczyna tańczyć

i w podskokach ku niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień twarzy

mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, tylko dusza, nawpół wyrwana z

ciała, dygoce. Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest

nieprzytomny. Stoi wciąż.

Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak--kilku

żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci

podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą. Początkowo daje się

posuwać, jak martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi

nogi--przecież jeszcze żyje; idzie wolno, bardzo wolno, ale idzie. Ma

tylko dwadzieścia kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby się

spieszyć miał?

Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone na dół. Zbyt osłabiony

jest, aby źrenice ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, widzi każde

ziarnko piasku, każdą wśród kamieni trawę. Każdy krok naprzód boli go

fizycznie...

Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła na czole; schodzi teraz od

włosów ku brwiom. Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza jej;

niech chodzi--przecież są równi: ona żywa i on żywy. Za chwilę przylecą

doń cale roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on nie będzie ich

czuł, tak jak teraz tę jedną małą czuje... Te muchy będą żyły. Idzie.

Nagle ci, którzy go prowadzą, stają--i on staje. Unosi trochę oczy:

przed nim żółte schodki... Więc już przeszli, dwadzieścia kroków

przeszli! To nie może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, wrócić! Chce

obejrzeć się za siebie, brak mu sił, aby wykręcić ciało, pochyla się

więc tylko trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi kat z

pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze czynność swą skończyli...

Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy,

wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął

się: dotąd był równy wśród równych--wszyscy szli, pełzali po ziemi;

teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą,

głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie

się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą

więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce

złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w

promieniach. To śmierć przyszła.

Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: _schneller!_--Wnoszą go na następny

szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka

wstrząsa mu gardło. _Schneller!_ Są na szczycie. Kat bierze pętlę,

próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na

kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go

parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w

ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się,

jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła...

_Fertig!_ Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg.

Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się

szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz--węzeł

ruszył rdzenia--naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat

się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się

rozkrusza, węzeł lamie kręgi--i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną

ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie

trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem

silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.

Skończone.

Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do

koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć,

jeść, pić, całować, mordować.

Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu

godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za

muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim

równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,

obojętne, pogardliwe.

To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież

posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego

zbrodniarza--dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy

jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!

Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje--i

nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta,

łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice--i szepnie: mocniej

całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,

ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu--to Moloch,

który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary.

A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego,

martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie,

fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z

odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie

wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach

kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o

szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków,

trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie

społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad

swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja

się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w

urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą

mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca!

_Dnia 19 maja, wieczorem._

Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią

pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,

oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz!

My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu

nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz

niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też

rodzajem bytu, ujemnem życiem--tylko zero, przejście, zgon jest niczem,

przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić

miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było.

Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby

ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i

wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt,

które obłudnie na nas zastawili!

Biegnę do sądu.

................................

................................

Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!

_Dnia 1 czerwca._

Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym dniem, kiedy go powieszono,

dostałem gwałtownej gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień

nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał wciąż: »nie dajcie mnie

powiesić«; podarłem wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi

wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić na niskim fotelu, ubrania i

kołdry podwiązano mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie umiał

mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze nie widział. Przeżyłem. Będę

zdrów, bo tylko dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej właśnie

tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść do grobu. I tym ułamkiem będę

musiał wystarczyć sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma swoje

wymagania; jestem zdrów, mam żonę i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci

chować, z żoną żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem

matkę, lecz bez przelewu krwi--nikt, nawet Bóg mnie za to nie ukarze:

zabiłem Pułkowskiego w sądzie--wszyscy mnie za to pochwalą. Kodeks

milczy i serca moich bliźnich milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że

ten okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie wyplątał się z kajdan i

idzie drogą innych--nie jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby

świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym wolny, chociażby... w

szpitalu; dzisiaj w domu, na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet

logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam żony lub całuję

dzieci, abym ich niewinnie nie zadusił, muszę się bać każdego swego

czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja wiem teraz, że sprawiedliwość jest

większą zbrodnią, aniżeli mord.

Jak będę żył?...

Jeden miesiąc życia: utwory prozą · 第 6 / 21 题