HAMLET.

Hamlet.

Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach wstał, jak

zwykle, o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie

przygotowane były z należytą punktualnością.

Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło--świeże i

zimne, bułki--chrupiące; posiłek ranny najmniejszego powodu

niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz,

przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i

widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się

udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były

w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł

wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału

administracyi, gdzie go o niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce

zawiadomiono; w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie się główne

jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała;

przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz

na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba

»trzyma«. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się

trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materyałami zastąpić.

Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać

równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy

sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik da się do tkanin

zastosować. Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z

namaszczeniem zasiadł do pracy przed stołem zastawionym próbkami,

kolbami, flaszkami. Robota aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość

czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę na długie

zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez

szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. To też kiedy dyrektor próby

swoje skończył i z lubością na fotelu się przeciągnął--było południe.

Rozległ się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny odpoczynek.

Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany

został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami,

które mu jeszcze do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu

nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do

biblioteki.

Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego

dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje

obowiązki, wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i

zgodzili się z rocznego obrotu pewną sumę na zakup książek wyznaczać.

Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były

książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad

ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficyaliści do

kart, książek kupowano mniej, i już od roku rzadko można było kogo

zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do sali, pustka tam panująca

niemile go uderzyła: był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od

rana duszę jego otaczało.

Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: warszawska brukowa

gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną

animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń urzędowych,

doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:

»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka

do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do

majątku swojego w kieleckiem«.

Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim

kolegą, i dźwięk tego nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia

lat wstecz, w dawno upłynione chwile wspólnie spędzonej młodości.

Napróżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po

drugiem wślizgiwały mu się w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł

do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach

obiadowali robotnicy, i począł chodzić zwolna po pustej, cichej sali.

Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych

obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia

przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone, zda się,

w jedną całość, stanowiło jego przeszłość, jego życie, powstawało

rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny

obce sobie, jak figury kalejdoskopu.

Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych acz

nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu wolno

nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę! I

wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę, jaką widział w

lustrze i której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam

przed laty, w starych murach akademickiego grodu, myślała i żyła,

cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła sie z śpiących na dnie

piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze

po zwycieztwo. Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i

nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których

działania zda się niewiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych

kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,

ludzkość--wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego cen

życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk

służącej w ważkim korytarzu--to miłość; serdelek pokropiony szklanką

piwa--to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom--sława. Błogosławione

kłamstwa! ... lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że

te słowa--to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba,

gdy handel idzie na seryo. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości:

rozkoszy, miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z

przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restauracyę za rozkosz,

kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to

kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku

nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem

naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.

Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego

prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem krwi

mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia--zaklęta w długich szeregach

cyfr i wierszów, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby

nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki--fałszem, oczekiwania--ułudą. A

nad obydwoma za lat parę przejdzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś

jeszcze może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach ich nie

będzie. Minie jeszcze lat kilka i nazwiska ich porosną wiecznem

zapomnieniem, jak zarasta wydeptana w trawie nogą wędrownika ścieżka, po

której nikt nigdy nie przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych

latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, on to był przecież,

który w ciszy pokoju, oderwawszy się na chwilę od pracy, mówił do siebie

cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, że ręka, która

wyrwie naturze prawdę, sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia

długo, długo--może wiecznie. A jednak ten homunkulusowy gieniusz był

szczęśliwy; dyrektor widział go przed rokiem: był przekonany o ważności

i potrzebie prac swoich, wierzył w miniaturowe prawdy, które głosił, był

upojony wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy--szczęśliwością

skazańca, który idzie na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor

czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną zazdrość, której mękę łagodziła

tylko wyrafinowana rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym być nie mógł.

On widział teraz, gdy wspomnienia młodości wionęły mu na duszę, jak na

spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu odżyły dawne marzenia, że

życie ich zawiodło, nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich

świateł, ku którym płynąć chcieli.

Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony w siebie, zaczął rozdzierać na

kawały swe życie, badać każdą chwilę, każdą myśl, każde wzruszenie,

wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. Badana z nienawiścią,

oświecana blaskiem znów rozgorzałych marzeń powstawała teraz przeszłość

o barwach trupich, o kształtach zgiętych i spodlonych.

Jakiem było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej

okolicznej młodzieży podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni z

murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to

jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych

trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny

żywot i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał

chociaż jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój jesteś piękną«? O

tak; przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na

jej niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy i coraz mniej

marzeń i nadziei, jadał coraz lepsze kolacye, spędzał noce u coraz

droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace?

Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy

błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelniana i

szkółka z dziesięciorgiem leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu

swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły go kolacye i

dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił

się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to,

że szukał w kobiecie poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z

najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z

nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszłą codzień przy obiedzie

widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, pełnem męki pożądaniu nie było

tam mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie wszystkie.

Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na przyzwoitości, sympatya towarzyska

była jedyną treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło im

spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy ją, wiedzącą wszystko z książek

i ledwie drżącą wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do dnia

dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek rzadszymi uczynił wybuchy

czułości. Nie zdradziła go żona--wiedział o tem; nawet myśl podobna nie

przesunęła się nigdy przez jej umysł; był że to dowód miłości i

przywiązania? Chłodne z natury miała zmysły--a zresztą na tem pustkowiu,

gdzie się osiedlili, nie miała z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga

jej była równa i prosta.

I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, złość za

wszystkie niedoznane pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć lat

spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych

ramionach.

Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż

nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go dwojgiem dzieci,

które od lat ośmiu krzykiem, i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z

rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że

obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się

do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak znarowiony koń rzuciwszy się

w bok, jaskrawo i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej

wycieczki...

...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego słońca, idą dzieci,

prowadzone przez guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, on, pod

rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, prócz zapytań, co będzie

dziś na kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz krwawsze blaski,

z ziemi wilgotnej po deszczu powstają fioletowe opary, nadając odległym

drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się pełna uroku godzina

zmierzchu; oni nie widzą, nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,

skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę przygotowana, wystygnąć może.

Nie takiem okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą noc!!...

Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, i jakby pragnąc odeń uciec

wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale mimowoli

tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do

domku swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez

robotników i oficyalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał,

i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania;

nerwowo, silnie, dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. W

drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana; w ręku trzymała

miotełkę--znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich kłopotów

jeszcze nie ukończyła. Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń

usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do

pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez

zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie

próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż

najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty

wróciła.

Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; przeciwnie, spotęgowały

się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne

życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami,

rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł

przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę.

Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; zapóźno już teraz, gdy

czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż

warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej, niż

teraz? Gdyby można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać się

tem, co życie dało: spokojnem ciepłem domowego ogniska, względnym

mieszczańskim dobrobytem, tem wszystkiem, co położenie jego dla wielu

zazdrości godnem czyniło! Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać sobie...

w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego zwierzęcia korzystać z okruszyn

życia byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy podobne myśli do

głowy mu nie przychodziły, gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni

był szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć mogła jedna taka,

jak obecna, godzina.

Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi

mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na

biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe

siedlisko parodyą bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego

przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła

jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w

gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął rozwartą książkę, spojrzał w

nią--był to tom poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę po

otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, jakby przykute: »Trzeba być

Bogiem lub nicością«.

...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem swem pokierował,

niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani

na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba być Bogiem, lub

nicością«.

Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu,

chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc: zniknie i

rozprószy się, jak zdmuchnięty płomień.

Pociągnęła go ta myśl. Napróżno? nadludzkim wysiłkiem duszy chciał

odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,

jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z

drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak ten przeraźliwy spokój

i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętemi oczami, z

rozchylonemi usty, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i

zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w

wiecznej z sobą walce, wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec

tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które

się rozpłynęły--co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, że śmierć jego

zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody,

szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, łub

waryatem, bo rozumieć nie będą?

Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą

zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka

ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość

zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i

grom, jedno uderzenie krótkie i druzgoczące, a kula przebije skórę,

wciśnie się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką,

obmytą w krwi odpocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością

zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym na kanapie z ustami

szeroko rozwartemi, pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami

wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w

kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych

na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością

widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi, i gdy naokoło

niego krążyć będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro

już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie

pocieszenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która

często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć--to ostateczny koniec jego

istnienia, przerwanie gwałtowne jego ja, które myśli, czuje i chce,

nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie się przez spokój

grobu.

Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w

morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu

kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka,

a wabi zawsze. Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz dalej; nie

widzi, że uciekła mu już ziemia, nie czuje, że noga dna nie chwyta, że

fala do ust mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, do uszu

rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze jeden krok--i roztwiera się toń,

która ma go schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. Żądza

spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała mu duszę; błyszcząca lufa,

świecące ostrza kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać zwykle nie

drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna ręka zaczął kręcić bębenek

rewolweru; słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, stając przed

otworem lufy i znów przysuwał do lufy następną, jakby nie wiedząc,

której poruczyć wykonanie nieświadomego jeszcze, choć już zapadłego

wyroku. Znów obrócił bębenek dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka

była zawsze jego ulubioną liczbą.

Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się: »Tatusiu,

mama prosi na obiad«.

Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół,

jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga:

obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem

śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: cały

obraz, który sobie wymarzył i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą

dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na

obiad nie można; przyjdzie żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli

się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze i spazmy. Najlepszem więc

zdało mu się udać spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po obiedzie

dokonać.

Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i

wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie

wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim

sprawiła wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, których barwę

podnosiło łagodne światło słoneczne, przecedzone przez gęste story,

uderzył go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. Duży stół

czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na

środku pyszniła się waza; pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z

ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy.

Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w

najgłębsze struny ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać wszystkie

rozkosze jedzenia... jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością,

aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się

pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą

skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalniać się musi

odpadkami języka, aż wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.

Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem ciele, tysiącznemi korytami do

serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra

nowina: »jestem zdrów i pełen«. Serce chciało kochać i cierpieć,

mózg--zwyciężać i ginąć, ręka--tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do

milczenia, on sam tylko jest panem.

Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i

żądały wniosku, pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą z wazy i

jak mgła rozprószyły się w nicość; czuł, że _ten on_, który z zimną

krwią przykładał rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno go

przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby

tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać--nie mógł.

Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze i najcieńsze uszka.

Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący,

ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo lubił, połechtał mu

podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,

pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna łyżka--już ich nie widać, tylko

cień ich padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna--i cień zniknął, jak

ostatnia chmura po letniej burzy.

Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania dla znikomych

przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w

przeszłość.

Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do żony, poklepał ją po ramieniu i

do dzieci zawalał: »No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na

spacer«.

Barszcz był tak smaczny.

Jeden miesiąc życia: utwory prozą · 第 5 / 21 题