Twój brat

_Jan_.

Adres: Rue de la Sorbonne 5.

_Dnia 12 grudnia._

Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał tą lubelską koleżanką.

Zdaje się, że szło mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu później

nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć rzeczywiście ma miłą, dobrą

twarz, a że jest samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje nas z

otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, gdyż ona lęka się chodzić po

Paryżu sama, choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy ją po

mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie trwało zbyt długo. Zabawna

dziewczyna: przyjechała niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy więc ją

najpierw do szkoły medycznej, do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam

straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. Stoły drewniane

i niepodobna nigdy porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup sprawił

na niej tak straszne wrażenie, że trzeba ją było czemprędzej

wyprowadzić. Przez kilka godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też

odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się do Sorbonny na nauki

przyrodnicze. Ja radziłem jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo

panieńskim zwyczajem skończy zapewne na literaturze.

Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, umówiłem się, że pójdę z nią

załatwiać sprawunki. Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla niej w

dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące innych drobiazgów. Nie

miałem wielkiej ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już pieniędzy, ale

niepodobna było się wymówić.

_Dnia 16 grudnia._

Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, kiedym powrócił. Byłby to

koniec naszej znajomości i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, że gdybym

się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym mu chętnie jaką przykrość. Zły

jestem tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie rzeczy sprawa, tak

mocno mię obeszła. Do wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż ten

właśnie gniewa mię więcej od innych? Trzeba raz na zawsze pamiętać, że

wyzysk jest pierwotną zasadniczą formą, w której się odciskają wszystkie

na świecie stosunki.

Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, elektryczny ładunek znika

rozszarpany przez sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale wśród

ludzi, którzy sami mogą się nanowo rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten

przeciąga się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek stosunek wziąć, zawsze

jedna strona kocha więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.

Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, skargi na samotność

duchową, prośby, abym przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi i przed

sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, których nie ma? Gdyby nie

nazwy, które są symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się wiele od

uczuć ślimaka lub pająka.

Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić wieczorem po obiedzie.

Niezupełnie pozbyłem się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą pomówić

trochę z Turskim, bo w istocie rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem

pracuje, jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł się koniecznie, aby

iść odwiedzić Zaleską, tę nową lubelską koleżankę--»bo ona jest sama i

potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. Namawiałem go, żeby został,

ale on uparł się dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«.

Czy taki koźli upór nie może do rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja

się zaciąłem, dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł, trzasnąwszy

drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem tak zirytowany kłótnią, że niepodobna

mi było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać przy lampie, w której

zabrakło nafty! Ogarnęła mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie był

mię zostawił bez światła. Położyłem się na łóżku, lecz nawet z bólem

głowy niepodobna zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo okno

wychodzi na podwórze, a w domach francuskich ogromnie spokoju pilnują.

Tuż obok huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym pokoju nawet mysz

nie zaskrobie. Zdjął mię jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które

obiega po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska.

Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się usuną i będzie można spojrzeć w

ciemny, długi korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg wieje.

Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, po chwili musiałem zwracać oczy,

aby się przekonać, że drzwi są jeszcze--choć czyniłem to bez strachu. I

znosić to wszystko dlatego, że Turskiemu podobało się odwiedzać na

Montmartre głupią pannę i wypalać naftę do ostatniej kropli!!

Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu i wyszedłem na miasto. Wszędzie

tłok i wrzawa, kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru wszyscy

siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane stoliki, między którymi

przesuwać się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem się

różnobarwnym światełkom nanizanym, jak paciorki, na jej brzegi, ale

rozdrażniała mię ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem bez

celu znudzony i zły na samotność, którą najgorzej odczuwa się w tłumie.

Wreszcie po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał z Folies Bergéres;

był zachwycony, bo widział wystawę przepysznych ciał, które przecież nie

jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest już z urodzenia altruistą

i gdy nie ma własnej, cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość

bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, gdzie jest tyle do wzięcia, że

ciągle czegoś sobie odmawiać trzeba--jutro nie byłoby nic, prócz mordu i

pożogi. Poliński nie był jednak doskonałym altruistą, bo zapragnął

czegoś i dla siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« do Café

d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie tyle dziewczyn »étudiantes«, nb.

o wiele ładniejszych od tych prawdziwych »studentek«, których my do

Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł jakąś znajomą swoją Jeanne, ta

sprowadziła swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się bawić--po

francusku t. j. gadać tysiące głupstw w mniej lub więcej swobodnej

pozie, popijając kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,

śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est du chocolat«, potem

rozeszliśmy się parami... Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie,

unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, które nas »cet amour«

kosztował. »Cet amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa się

miłością; taksamo jak to, co u nas jest ordynarnem przekleństwem, tutaj

zwie się »pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my barbarzyńcy tak

nie umiemy się bawić. Tak długo śpiewano nam o świętości uczucia, że

przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, bardziej szaloną i

bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali w Warszawie z tą Mańką modelką... I

bawić się na trzeźwo--nie umiemy także, a tu się nie upija nikt.

Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym był więcej zmysłowy,

powinienbym być zadowolony z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, czy

ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, co ma przeciętny student-Francuz, my

jesteśmy nędzarzami.

Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, aby zapakować rzeczy i

książki, bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od niego się

wyprowadzić. Gdybym to robił przy nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać,

boby mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic chcę dłużej jego

gościnności. Ostatecznie miałby może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie

poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy się już tak,

jakeśmy się rozumieli i znali dawniej; oto cała sprawa.

_Dnia 18 grudnia_.

Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj Zaleską. Robiła mi wymówki,

dlaczego nie byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, ale nie

mogłem jej nic powiedzieć, gdyż wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień

przedtem, i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała mi, aby pójść

z nią do teatru, bo jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego

znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, bo chciałem widzieć teatra

paryskie, a sam długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary

wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie grywa Sarah Bernhardt. Widziałem

już niejedną aktorkę--i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich mierzyć

się z nią nie może. Przepyszny glos: miękki, potoczysty, melodyjny.

Mogłaby stać bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana gra.

Najpierwsza aktorka świata.

Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko barbarzyńców, wpadła w taki

zachwyt, że musiałem ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała się

spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.

Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: gwar i huk bulwarowy

odurzył ją do reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. Uparła się, żeby

wziąć ją w pół, pod pachę, jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i

pójść z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café Riche: olśniło to ją

do reszty.

Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza może niż ta sama

rozrywka z Gabryelą. Za to brak zakończenia. Cóż robić...

_Dnia 19 grudnia_.

Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie już z nowego mieszkania; od

trzech dni mieszkam już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam ładny pokó; na

czwartem wprawdzie piętrze, ale za to widok na cały plac przed Collège

de France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, doskonały do pracy, ale

nie wiem zupełnie, jak ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek

już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, znajdę tu mnóstwo

materyałów do wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po świętach,

spróbuję zmusić się do systematycznych zajęć, choć nie wierzę w ich

rezultat.

Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy wykończę tę powieść, które;

urywki Ci czytałem. Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. Niestety,

nie piszę nic... prócz pamiętnika. Ale pochodzi to nie tyle z braku

czasu--jakeś wywnioskowała z pierwszego mego listu--ile z braku chęci,

zapału i poprostu--mocy. Przechodzę jakieś dziwne osłabienie duchowe;

chwilami zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje we mnie; taka próżnia

tworzy się w myślach. Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się wyrwał

z otoczenia, w którem wzrosłem i do którego przywykłem--ale Paryż

szalenie mię przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, szałem,

przepychem, wszystko wre, krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który

przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich--wtedy nie można znieść

tej myśli, że się nie ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię;

ale czem jest to wszystko, co czułem lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu

na okół mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem po ulicach, to

poczucie obcości, znikomości tak mię przeraża, że szarpałbym palcami

kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, żem istniał.

Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, bo tu jest mnóstwo utrudnień

celnych, i miałbym tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta

prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą Bożego Narodzenia tak

uroczyście, jak u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno do panny

Zaleskiej, naszej koleżanki, o której bodaj, że ci wspominałem w

uprzednim liście; drugie--do doktora Korzyckiego, który tu od dziesięciu

przeszło lat jest osiedlony i zwykle zbiera u siebie na Wiliją

towarzystwo polskie. Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię

towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej rzeczywiście zostanę w

domu.

Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle zmiana pory roku Ci szkodzi,

zwłaszcza, gdy przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem dawno

»Kuryera«; nie wiem więc, jaka u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku:

sypiam przy otwartych oknach.

Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze niespokojny, kiedy zbyt długo

nie ma od Ciebie wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, bo

wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd wcale obiecaną ziemią

wesela i rozkoszy. Przypominam Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).

Twój _Janek_.

Na Wiliji będziesz u wuja?

_Dnia 21 grudnia._

Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? Nie pamiętam już

dokładnie, com napisał, ale napewne za dużo. Chyba po to wspominałem

jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby dręczyć to

najszlachetniejsze i jedyne zapewne przywiązanie, którego doznałem.

Miłość matki ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie samicy

do płodu; miłość kochanki--to maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość

siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie ludzkiem uczuciem, którego

żadne inne zwierzę nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.

Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych mytach ludzkości występuje

zawsze związek brata i siostry, jako naturalne, jakby od przyrody samej

przeznaczone stadło.

Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę do żywego. Gotowa sobie Bóg

wie co o mnie wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem o swojem

rozdrażnieniu, ale w każdym razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle

przecież czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, obrzydliwa

nikczemność, bawiąc w Paryżu, dręczyć biedną dziewczynę pisaniem

podobnych listów. Tym głupsza, że bezcelowa.

_Dnia 22 grudnia._

Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz pierwszy. Przepraszał mię

bardzo, że wcześniej przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się do

egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał się do egzaminu i nawet

wieczorem przesiadywał w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi też

nie mógł przychodzić, gdyż musiał towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a

tam, gdzieśmy się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na tem rozmowa

się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.

Wreszcie Turski przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony do

Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść dziś do niej popołudniu

pomagać--jako dragoman--w kupowaniu zapasów, i jako tragarz--w

przynoszeniu ich do domu. Turski prosił mię, abym idąc tam wstąpił po

niego, gdyż nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć i spóźnić. Z

zachowania się Turskiego mogłem wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie

sprawy, jak bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak różny od

dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje tłomaczył sobie, jako kaprys

wywołany kaszlem i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej drażni,

skoro rozstaliśmy się i widujemy się o tyle rzadziej. Ostatecznie,

wszystko jedno.

Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, po sprawunki. Pierwszy

raz byłem u Zaleskiej w jej nowem mieszkaniu, już w naszej dzielnicy.

Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, do życia tutejszego i nowych nieco

dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie czyni się tu wielkich

przygotowań i nie ma też w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak

u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. Jest to sympatyczna

dziewczyna, zwłaszcza, że w niczem niepodobna do przeciętnego typu

studentek. _Au phisique_--umie się ubrać i ma bardzo zręczne ruchy; _au

moral_--nie ma w niej tego zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może,

ale tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba nie będzie długim

gościem w Paryżu; jej za bardzo obojętne jest, co ma studyować, aby w

ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje mi się, że przyjechała tu, aby

wydobyć się z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę się mylić zresztą,

bo o tem rozmawialiśmy tylko urywanemi zdaniami.

Sprawunków zakupiliśmy tyle--niepodobna było Zaleską wyrwać od

Potina--że trzeba było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do domu.

Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, bo nie chciało mi się tak

wcześnie wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem przy stoliku w

kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem się przez kilka godzin tym

tłumom, które przesypywały się bezustanku z jednego końca bulwarów na

drugi. Ten tłum nie rozdrażniał mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś

kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, że podobnego wrażenia

doznawałem niegdyś, leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za drugą,

bez ustanku, pchana wiatrem, którego wyczuć niepodobna było, biegła na

piasek z pluskiem i tysiącem szemrzących strumyków nazad się cofała. I

tu i tam nieskończoność ruchu, która pociąga i znicestwia. Wróciłem

późno w nocy.

_Dnia 23 grudnia._

Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem z nim w kawiarni. W

ogromnie ciężkich i zawiłych, jak zawsze, frazesach opowiadał mi--z

tajemniczą miną--że mu się zdaje, jakoby Turski miał się do Zaleskiej, a

i »ona na to, jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie słowami

bajki:

Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,

Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.

Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!

Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego a znawcę dusz

ludzkich--ale tu zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią

plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię to obchodzi, ani ją znam

dostatecznie, abym wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,

choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej wcale nie zdradza.

Ale Turskiego to Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie

lubił się opiekować, patronować komuś, jeśli sądził, że jestto

potrzebne. Lubi, żeby go poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego

więc i tutaj nie ma się zaopiekować, zwłaszcza, gdy ta opieka ma

przecież swoje smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska doprawdy

jest najprzystojniejsza, a wydaje się miłą, bo bardzo jest wdzięczna

każdemu, kto ją odwiedza.

Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię dziesięć franków;

zabawiliśmy się bowiem w miłosnego totalizatora: meta--pierścionek

zaręczynowy na palcu, czas--Wielkanoc, stawka--dziesięć franków. Szkoda,

że nie setka.

Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. Będzie więc nas czworo.

_Dnia 24 grudnia._

Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, a kiedym został w

domu, zły jestem na siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze

jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem drugiej. Jaka

połowa stanie na wierzchu i wysunie się jako czyn--jestto rzeczą

przypadku, przelotnego wpływu, którego nieraz nawet sam nie dostrzegam.

Zarówno w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach--postanowienie

jest dla mnie męczarnią, której nie znam równej.

Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest już po dziesiątej, a więc

za późno, żeby wyjść do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, jeśli

byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało rzeczywiście na mojej

obecności. Niechaj się bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet

kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą codziennie mam dosyć

wrzawy i gazet.

Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi skrzydłami,

potężnieje, nabrzmiewa, wznosi się jak fala i usta, oczy, głowę mi

zatapia. Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza mej istoty, rozlewa

się w krwi i kościach, sączy się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla

pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się ani szelestu kroków, gdy

chodzę po pokoju, ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, ani

dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić--ale wchłania je w siebie,

przetrawia i w ciszę taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!

Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, cóż mię z nią i tymi

wszystkimi ludźmi wiąże; ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać się z

tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki.

I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, nicość? Chciałbym raz żyć,

szaleć, płonąć, chociażby cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, a nie

umiem tego--lub też dla mnie innych potrzeba rozkoszy, niż te, które

wszystkich sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją zwykłe rylce rysować i

rzeźbić mogły. A może tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować się

życiem--bo i to jest sztuka, którą wyssać lub której nauczyć się trzeba.

Cała przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, jak fala po

głazie, nie zostawiając w swym odwrocie nic, prócz piany i szumowin.

Miałem może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego wielkiego

słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. A wszystko inne jest

surrogatem, blichtrem, fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. A

jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce dziewczęce, niewymownie

piękne i czyste--i porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem się

przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi--i napisałem kilkadziesiąt

wierszy, gdy przecież życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć każdą

iskrą krwi, każdym błyskiem duszy--to tylko jest sztuką.

Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już północ, a nie nadchodzi ani

sen, ani znużenie, nic, prócz ciszy.

................................

................................

Na niebie mojem chmury,

Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.

Ogrody moje kwitną,

Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż.

Ponure moje oczy,

Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.

Zmęczone moje dłonie,

Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.

Stęsknione moje serce,

Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.

Pogodne moje czoło

Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.

To prawda... lecz na cały wieczór męki, to za mało.

_Dnia 26 grudnia._

Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka jest otwarta i myślę

przesiadywać tam codziennie pięć do sześciu godzin. Opracowywanie

materyałów w domu też pochłonie czasu sporo. Po za swoją pracą nie chcę

o niczem wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. Życie w

Paryżu może być równie jednostajne, jak w każdem innem ludzkiem

gnieździe. Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne prądy, całe

tętno świata, którego byłem tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają

się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy drobnych, codziennych

wypadków. Jak zawsze drzewa zasłaniają las.

Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej pracy i osypała nas

śniegiem i opadła mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które tu

panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia zawsze stosunki towarzyskie w

kolonii polskiej. Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem

zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim na wieczór do Łużeckiej.

Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, żem na Wilią nie

przyszedł. Zaleska udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek,

powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny kaprys. Zresztą miałem za

ten »kaprys« najwięcej żałować sam, bo bawili się doskonale. Poliński

był zmęczony i wyszedł wcześniej, ale z Turskim doczekali północy.

Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. Prosiła mię, abym

zabrał ze sobą Turskiego i przyszedł do niej po raz drugi

popołudniu--ale odmówiłem, bo nie chcę zupełnie zacieśniać swego

stosunku z Turskim więcej, niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli

będziemy chodzili każden swojemi drogami.

_Dnia 27 grudnia._

Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych w mojem życiu. Spotkałem

Turskiego na obiedzie, siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że mamy się

zejść z Polińskim i Starzewiczem w kawiarni wieczorem i iść razem na

posiedzenie francuskiego towarzystwa studenckiego. Zaproszono nas, i

chciałem bardzo poznać życie francuskie nieco bliżej, niż to można

uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy mu wybaczyć i iść bez jego

przewodnictwa--on przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu--gdyż on

wieczorem wybiera się do Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to

zaczyna być podejrzane. A on mi na to, patrząc zabawnie w oczy:

»dlaczego?«--i dodaje zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi się

wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość cała, widoczna na twarzy, że

początkowo po prostu trudno mi było z nim mówić.

Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie wrażenie, jakgdyby przegroda,

która nas dzieliła upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej

ufności i przyjaźni. Opowiedział mi wszystko. Właściwie zakochał się

jakoś nagle i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe nie

mógł sobie dać rady z tem uczuciem, które chciał zdławić, bo nie śmiał

wierzyć, aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że tylko udając

zupełną na wszystko obojętność, mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje.

Tymczasem ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze ledwie się znali, i

płakała po nocach i uspokoić się nie mogła, jeśli go przez dzień cały

nie widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę miłość wdzięczny.

Oświadczyli się sobie w dzień wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś

znienacka, że trudnoby powiedzieć, kto właściwie dał początek.

Przesiedzieli wtedy razem prawie do rana. Był zakochany, kochany,

zaręczony, szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.

Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem nie wiele, bo tak mię nowe

położenie Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,

wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś skleić; natomiast on opowiadał

bez przerwy. Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe

prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu studyów: czas ten jednak

przeleci prędko, o tem nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, byle

być z nim.

Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak uradowanego: radował się w

nim doprawdy każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie było: miłość,

wdzięczność, nadzieja, duma, szczęście, wszystko!

To jednak niezwykły charakter jest Władek Turski. Wśród nas, którzy z

rodzinnego domu nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, a z życia

bierzemy tylko to, co na wierzchu najdostępniejsze, on rzeczywiście

sprawia wrażenie arystokratycznego dziecka, które się urodziło w

wysokich komnatach i w kołysce słyszało nie jęk nianiek, lecz organy. Co

ten człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! Szmat za szmatem

wyrwał z siebie wiarę, ale zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego,

co czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie zmysły, a nie

brakowało uniesień w jego miłości. Jestto człowiek czysty.

Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając go czułem się odmłodzony

jakiś i rzeźwiejszy. Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek raz się

wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć mogłem. Wszystko było teraz

wytłómaczone. Cieszyłem się również jego szczęściem: gdy mi o niem

opowiadał, kilka razy kręciły mi się łzy w oczach.

Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent jestem, że mogłem jej

zrobić przyjemność, gdyż ona przepada za kwiatami.

Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, ale czyż można było

się tego po cichym Władku Turskim spodziewać. Jestem pewien, że każden z

jego dawnych kolegów trzymałby też w zakładzie moją stronę.

_Dnia 29 grudnia._

Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn publicznie nie ogłasza; przez

to plotki tylko powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; kto chce,

może domyślać się i wiedzieć. Przed nami t. j. przedemną i Polińskim,

Turski mówi wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot go

zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym wypadku byłbym więcej skryty.

Chociaż... nie wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, kocham... jest

czysto odruchowe i niewłasnowolne, jak śpiew ptaka na wiosnę.

Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, w damskiej kolonii

naszej panuje już straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki i tak

często sprzedaje się teraz »en détail«, że dostać całego odrazu jest

świetnym interesem. Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, że

przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym wykładzie się nie zjawiła i

rogów wielkiej mądrości nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma nic

pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, w których świetnie widać tę

utajoną i niby nie istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz dzisiaj

Łużecka zirytowała mię do żywego. Jest głupota, która już graniczy z

podłością. Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała tylko, aby wydać

się za mąż--co wiem, że nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i

ostrzegałem, żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie i miłości, bo jestto

dla niej teren na zawsze obcy, na którym wygląda, jak kaczka ucząca się

latać. Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona na długo.

Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, widzę, że może nie

miałem tyle racyi, ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza zresztą o

racyę, ale rola szlachetnego obrońcy bywa czasem śmieszna i kto wie,

czym właśnie takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka była dowcipna,

przysłałaby mi paczkę biletów wizytowych z takim np. napisem:

JEAN KARSKI

défenseur de l'amour outragé.

Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego się nie posiada.

_Dnia 30 grudnia_.

Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu w jego sielance; widziałem

zresztą, że sobie nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.

Dziś jednak nie miałem nic do roboty po obiedzie, a upłynął już tydzień

od oświadczyn, więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. Kupiłem

bukiet białych róż i narcyzów i poszedłem do niej; mieszka teraz przy

ulicy des Feuillantines, na wprost klasztoru.

Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale przyćmione; paliło się

tylko na kominku. Pukam do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest

u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie wilgotne i ciepłe. Daję

Zaleskiej bukiet i nie wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi dość

gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania lub życzenia. Cała

uroczystość sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego uściśnienia

ręki.

Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. Siedzieli dalej przy sobie na

kanapie, trzymając się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal na

krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż najczęściej milczeliśmy--i to

było najwymowniejsze.

Oni są w tem stadyum, że obecność osoby trzeciej nic a nic im nie

przeszkadza. »Ten trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy mnie

tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, którego spotkałem wracając

później, mówił mi, że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,

chociaż go prawie wcale nie znają.

Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość spojrzeć na jej oczy i

ruchy; a nie przypuszczałem nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona

po uszy konwenansami, dała się publicznie tak całować i pieścić.

Widocznie nie znam się na kobietach--ale Zaleska jest wyjątkowo

uczuciowa, impulsywna, pierwotna.

Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna--co zresztą bardzo

jej do twarzy--że gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi się

nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę teraz nawet, że i dla niej i dla

Turskiego przyjemnie jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą patrzeć na

nich i podziwiać ich miłość.

Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo wśród rodziny, w

rodzinnem mieście jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem

zwyczajów, że wątpię, czy może się tam ostać choćby krzynka szczęścia.

Tutaj, w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, którą można

stworzyć jednym obrotem klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,

której słuchając, można zapomnieć doprawdy, że czekają całe akty długiej

opery. Bo kto wie, jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się

wkradnie.

Za długo widocznie siedziałem w gniazdku przy ulicy Feuillantines, bo mi

się teraz wciąż przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich

rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. Ależ ona ogromnie w

ostatnich czasach wyprzystojniała... Kobieta, która kocha, jest nietylko

najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.

_Dnia 31 grudnia._

Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka słów na karcie pocztowej,

żeby Ci powinszować--choć może zbyt późno--Nowego Roku. Jestem ogromnie

zajęty i dla tego niemam czasu na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego

za złe. Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie nic nowego nie

zaszło. Ale... Władek Turski zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o

której Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze

obecnie i częściej się z nim widuję.

Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, otrzymałem. Czyś była

jeszcze u kogo podczas świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno macie

ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie szkodzi ci to na zdrowie?

Twój _Janek_.

_Dnia 2 stycznia._

Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem studya w bibliotece,

bo czeka mię mnóstwo przepisywania starych dokumentów, a to przejmuje

mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast chodzę po obiedzie z Turskim do

kawiarni i przez kilka godzin słucham, czasami nawet z radością, jego

spowiedzi i wynurzeń, które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy się

donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem mu wdzięczny za tę przyjaźń

i za tę ufność. Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu na wykłady

i idę zwykle nad brzeg Sekwany i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie

zupełne nie zmusi mię do powrotu.

Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry do Luwru, ale teraz

prawie nie przyglądam się temu widokowi; pamiętam go doskonale w

najdrobniejszych szczegółach, a powtóre głowa mię boli jakimś głuchym,

rozsadzającym bólem, i chodzę nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać

myśli.

Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, bezsilności,

bezużyteczności mojej i wszystkiego, co mię otacza--jak w tych dniach

ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę jakąś rozprawę, lecz żeby

mię zabito, nie wiem, po co to wszystko się robi. O tyle jestem

inteligentny, iż rozumiem, że--jak się to mówi--ze mnie nic nie będzie,

że przestanę kiedyś jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak samo

nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, jednem słowem, że jestem absolutnie

niczem, jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo jest może także

tylko milionową częścią.

A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, jeżeli na początku swego

świadomego życia miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód życia, jak

wschód słońca rzucał długie, piękne cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem,

że wielkość cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz jest południe:

cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.

Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi coś nawet pozostało: jakaś

idea, zdolność jaka--i to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na

poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.

Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe

Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe.

To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy i dzielny, tak sobą

tylko zajęty, że mimo swej czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie

spostrzegać męczącego mego stanu i świdruje mi uszy nieustannym hymnem

miłości. Potrzeba mu słuchacza, aby mógł śpiewać; a któż lepiej do tego

się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. Moja teorya stosunków

ludzkich sprawdza się raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.

_Dnia 4 stycznia._

Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, aby zmusić się i

przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. Robota nie posuwa się, i tylko ból

głowy, gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, szarpiąc i

gniotąc--niby rozpaloną ręką. Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę.

Błądziłem po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych kątach, byle być w

miejscach jak najspokojniejszych i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie

myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil i ztamtąd wróciłem

rzeką. Ta cudowna panorama od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego pola i

Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła mię trochę swą kamienną

pięknością--tym łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku był pusty.

Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, który szedł do mnie, aby

mię zabrać na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo jest tak

gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję myśleć, niż gdy jestem

sam--zgodziłem się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy w

kawiarni, słuchaliśmy ludowych piosnek gdzieś w Café-Concert--nie wiem

już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał się podobny do

przepaścistej nudy; a Poliński twierdził, że nie mam humoru i muszę być

zaziębiony.

Wracając już po północy przechodziliśmy przez ulicę Feuillantines.

Świeciło się w oknach, więc zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za

hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński świetnie naśladuje ryk

wołu i bek barani. Okno się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.

Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, a zaraz zejdzie i

pójdzie razem z nami do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek

ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...

W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, staję się strasznym

świętoszkiem: widok ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,

za jaki tydzień zapiszę się do ligi Berengera.

Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, a na powiekach lśniły mu się

drobne kropelki. Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była już tylko

bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!

Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym błogosławił wszystko, coby

Turskiemu mogło sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym jej

jednak nigdy. Chciałbym tylko módz się litować nad nim i pocieszać, bo

mimo chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie prędko jednak

będzie potrzebował tej przyjaźni.

_Dnia 5 stycznia._

Logika formalna jest stekiem błędów, a największym i najjaskrawszym

_tertium non datur_. Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,

którejby zgodzić nie mógł.

Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością Władka. Kilka razy na

prawdę się rozrzewniłem słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę się

jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam się, iż jestem głęboko

wrażliwy na cudze szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym

człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili nie przestaję teraz czuć, że

gdyby Turski utracił swe szczęście, byłbym... może kontent. To jest...

zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby Zaleska umarła, płakałbym z

Turskim; gdyby ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym może zabić

uwodziciela, lecz z tego co zaszło, byłbym prawie rad--nie jakąś

radością określoną, zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym nastrojem,

wewnętrzną pogodą, która się tworzy w najskrytszych podwalinach duszy.

To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa się zwykle nikczemnością,

i z tego jestem dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone i

potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć na każdy szczyt--mimo larw, które

zewsząd grożą.

Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć dłużej nie mogę w żaden

sposób. Może ja Zaleską kocham? Jeżeli kobieta, której obecność jest dla

mnie niepotrzebną, twarz--obojętną, pieszczota--zbyteczną, może być

jednocześnie kobietą kochaną;--ha, w takim razie ja Zaleską kocham.

Zdaje mi się, że cierpię nie przez to, że ona kocha innego, lecz przez

to, że mnie teraz kochaćby już nie mogła.

Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło. Utracić możność jestto więcej,

niż utracić rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż nie

istnieć.

_Dnia 6 stycznia._

Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać kobietom prezenty. W

ostatnich dniach byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść tam ani

razu, żeby nie przynieść jej chociażby kilku kwiatów. Dziś wydałem na to

ostatniego franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię sobie, że

tylko głupiec nie rozumie, co to za rozkosz rujnować się dla kobiety. U

Zaleskiej przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja im nie zawadza,

zdaje mi się, że wypada możliwie się usuwać. Zresztą widok ciągłych

pieszczot i uścisków drażni: czuję prędko ogień w skroniach i pot na

ciele. Nie ja sam tylko tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa

zupełnie to samo: jestto przecież całkiem naturalne. Dziwię się, jak oni

mogą to wytrzymać.

Równie naturalne, jak ogień w skroniach, jest myśl, która mię poprostu

opętała. Dlaczego ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem życiu nie

zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? Dlaczego odepchnięto mię, kiedym

pożądał, dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem tylko wstręt lub

pogardę? Dlaczego dla mnie miłość była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą,

której wygrana hańbi jak złodziejstwo?

Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym kochać tak szczerze, otwarcie,

tak prosto--i tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie jest to

wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się przedemną tem szczęściem, które

ostatecznie dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej wygrać

majątek, niż się go dorabiać.

Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, gdy Władkowi się zdaje, że

sprawia mi największą przyjemność, odsłaniając przedemną swą miłość. W

tych pieszczotach, których ani on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż

bezmyślnej, żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak szczęśliwym być

można... Wygląda to, jak wyzwanie, jak pogróżka: »Będziemy jeszcze

szczęśliwsi«. Będziecie; wierzę wam.

Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, ale niemiłosiernie głupie,

bo nie sądzę ani jednej chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi

sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.

_Dnia 7 stycznia._

Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw z Zaleską sam, a Turski

dopiero później po wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr nie

zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich zbiorów, gdzie wszystko

zbite jest bezładnie w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza tylko i

dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia swobody, bezkresu marzenia,

które przecież jest istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła

powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych kaplicach.

Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą jest, że nie lubię muzeów;

ale mimo to, zwiedzałem je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała

mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię Luwr, bo była Zaleska i wszystkie

myśli moje są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność

wszystko, co może tę dziewczynę przedemną poniżyć. W ten sposób biorę

jakąś idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam w myśli jego bóstwo.

Naumyślnie nie pokazywałem Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je

odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu artystycznego; zatrzymywała

się przed najmarniejszymi obrazami i wygłaszała takie śmiesznie naiwne

zdania, że tylko ta otwarta szczerość była jedyną ozdobą tego, co

mówiła. Wmawiam w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie

niewrażliwej na piękno: jestto gminność na cale życie.

Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc już na obrazy, tylko na

siebie. I wtedy byli szczęśliwi.

Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem zdatny. Szczęście to jest taka

wyłączność, takie zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym się nigdy.

Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, czy za wiele w duszy pożądań, ale

jabym skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej klatki szczęścia

choć na ból i cierpienie wydostać. Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz

się duszę. Było tak już przecież.

Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem szczęściem. Tylko, że ta

pociecha jest tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet

przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza łaknienie.

Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością Zaleskiej? Nie kochałem i

nie kocham nic w tej chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć i

zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co bym go użyć miał. Łaknę życia;

czem jest i gdzie jest--niewiem. Podobne łaknienie uczuwać musi chyba

pisklę, gdy wychyla dziób, aby uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je

od świata. Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie nic.

Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, i chwycić i zdruzgotać zaporę, co

mi światło kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest skorupa mej

duszy.

_Dnia 8 stycznia._

Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska była trochę słaba i Władek mię

prosił, abym ją odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje chorych o

trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze zajęcie w uniwersytecie.

Początkowo wymawiałem się wykładami; zdaje mi się, że chciałem Władkowi

zrobić na złość. Potem jednak ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do

Korzyckiego, na drugi kraniec Paryża.

Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, wydaje mi się zupełnie inną.

Rozmawialiśmy cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają

starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej życzliwości dla niej miałem chwilami

dokładne wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, że nie pociąga

mię do nie; nic nad to, czem każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie

mówiła o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, mogłem czasami

zapomnieć o stosunku, jaki ją z nim łączy: tego mi tylko trzeba.

Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie ponętną jest tylko jej

miłość. To uczucie działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który

posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności i skarby. Gdy się przymila do

Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że

wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno

mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia,

jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje,

łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem

tylko zasnął!

_Dnia 9 stycznia._

Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić się u jej stóp, wołając:

kocham, kocham;--i nie słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych

o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś marny, podły człowiek, dla

którego kobieta ta tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem,

rozpaczą--

Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można zawołać nic więcej nad

to: nie kochaj go. Są teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, że

chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, jakgdybym wiedział, że on

mnie przeżyje. Zresztą, takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem

czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego nawet, z ciągłym niepokojem w

duszy, na łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to sen gorączkowy

i tak męczący, że często niewiadomo, czy nie lepiej raz się już obudzić.

Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać tylko gorycz, a to w końcu

mdli i truć zaczyna. Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,

przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać może--i nie doznałem

nawet miłości, która temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała

się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, że w chwili, gdy ona

przestanie kochać Władka, będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą

pierwszy raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia mię wszelkiej

nadziei. Nie mam się o co starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej

jeszcze, niż mam teraz.

Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham Zaleskiej?... Za cóż bym więc

tak cierpiał?

Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, co mię otacza: domy, drzewa,

ludzie, chwiało się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę sam

chodzić i tego mi wstyd przed sobą. Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.

_Dnia 10 stycznia._

Godzina siódma rano. Brzask szary wstał i sączy się przez okno. Siedzę

na krześle zbłocony, znużony, złamany, a sen nie przychodzi do mnie.

Ledwie pomnę, co się ze mną działo tej nocy, bo to już nie ma nazwy.

Szaleństwo? Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa jaskiniowców

świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo--jakakolwiek jesteś--bądź litościwa

duszy mojej! Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów i twardy.

Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. Do Zaleskiej nie chciałem,

nie mogłem iść; Polińskiego nie było w domu; innych ludzi szukać

niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, gdzie się znajdować,

byle nie być w domu, nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją się

po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od krzeseł do łóżka, byle nie

kłaść się i nie rozbierać w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś

niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie czuć tej ciemności,

która jak na żer nalatuje na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie

mogłem iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa samotności, obawa spokoju i

martwoty gryzła mię nieustannym, prawie fizycznym bólem.

Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem wyjść. Poszedłem wprost

przed siebie i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą ulicą, która

się nawinęła, przez bulwary, przez place, przez zaułki. A za mną

błądziły jakieś wizye potworne i zarzucały mi czarne swe ręce na oczy;

wtedy gasło mi światło, zdawało się, jakby świat cały zapadał się w

ciemność, a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. Stawałem wtedy

przed latarnią i wlepiwszy oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu,

drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując się ciszy. Kto wie

co tam siedzi w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga się

aż po same szkła latarni? Tam może czyhać człowiek z nożem, czyhać na

mnie i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, że padnę odrazu bez

tchu... Lub może tam być gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, może

tam być tak ludno, że zatrzymają mię i przepadnę bez śladu, jakgdybym w

otchłań wleciał.

I nagle zrywał się nademną strach ohydny, niewypowiedziany i jak wicher

zmiatał mię od latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. Biegłem

nieprzytomny przez ulice, potykając się o kostki, rozrzucone do

brukowania, uciekałem na place widniejsze od ulic i kryłem się jak

zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. Rozszalały tabun nędz

tratował mi duszę i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się

wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały zapadał się w sobie. Pot,

jak w łaźni występował mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał na mnie

bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; zdało mi się, że w powietrzu jest

jakiś nieznany kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który wgryza mi

się w ciało i roztlenia tkanki. Koło mnie rozsuwały się tylko i zbiegały

gmachy martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, zostało spopielone,

rozsypane, wyżarte. Zamknąłem usta, bo piersi mi płoną. I biegłem,

biegłem co raz szybciej ze schylonym karkiem, jak ścigane i oszalałe

zwierzę...

Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, pewnych, olbrzymich liniach

piętrzyły się żelazne sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem

światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność ich jednoczyła się w

jakiś drżący blask, który sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą

się tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy sypią się z nich wory,

kosze, paki. Mimo to nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,

jak widma. Tylko czasem zaskrzypi koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I

znowu cisza.

Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na ławce; pot stygnął na mnie,

chłodził i orzeźwiał. Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na wir

ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, które co raz wyżej i

gęściej zasypywały chodnik, na żelazne belki, z których zwieszały się

jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi gwiazdami--i znów

spełzałem oczami z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, jak

schylają się karki parobków, ręce wyrzucają zielone kule kapusty, jak

wozy przesuwają się zwolna--i łowiłem w tej ciszy jakieś szmery, brzęki,

czasem zwrotkę dalekiej piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem i

żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu zostać, zdala od widm,

które za mną biegły--i czekać ranka.

--_Viens, chéri._

Powiedziano coś blisko mnie:

--_Viens donc, chéri._

Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała teraz pogięta postać, w

czarnych łachmanach, niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,

czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła na mnie zblizka,

coraz bliżej. I ja patrzyłem na tego potwora, który nagle przy mnie się

wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi i jak trupio wyglądają duże

ostre zęby z tych żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać nie

mogę, i boję się... a jednak patrzę.

--_Qu'as tu donc peur, mon petit loup?_

Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają mi się i

nieruchomieją źrenice. Rękami chwytam się ławki, mdło mi się robi w

duszy i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, dławi w gardle i

ściska. Suchemi oczami patrzę, patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz

podobniejsza, coraz młodsza, tamta...

Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo furmana; huk zbudził się

we mnie, jakby Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. I

przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem się z miejsca i pobiegłem

przed siebie, wprost w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.

--_Va, sale bête_.

Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.

................................

I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia moja, jak motyl bez

skrzydeł, legła ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał odszedł

mię, a zmysły postrzegały wszystko z jasnością przerażającą. Ale nad

wszystkiemi wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi rozlana myśl:

iść, iść. Ta myśl wszechmocna dała mi jakąś potęgę ciała,

niezniszczalność mięśni. Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak

wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie wiem. Nie myślałem o niczem,

nie czułem nic. Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej stronie

ulicy w mroku prześlizguje się cicho taka sama postać błędna, idąca bez

celu, potępiona. I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną i nie trwożyła

mię wcale, jakgdybym ją znał od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i

przeszedłem przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem iść prędzej:

pobiegła. Zacząłem biedz--i znów rozpoczął się pościg, aż w mroku

gęstszym widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz i znikło. Lecz na

karku jego widziałem swoją twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i

pogardy. I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. Trwoga

nieludzka mię ogarnęła znowu, która ścina krew w żyłach i ciału

kamienieć każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, co kłosa

rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, trąci mnie lekko, zdmuchnie i

rozkruszy.

Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr--i zdało mi się, jakgdyby

ktoś ostrze chłodne przesunął mi wzdłuż--między duszą a ciałem. Zmąciło

mi się wszystko; przypadłem do muru. A kiedy omdlenie przeszło i

poczułem, że żyję--zerwałem się i począłem biedz, byle uciec z tej nocy

bezkresnej, zabójczej.

................................

...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych paliły się w falach

i rzucane wiatrem tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. Środek

rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite blaski gwiazd zginęły gdzieś w

tej otchłani. Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy głowę, z

której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem się prętów baryery i nie

mogłem spuścić oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla tego że

wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, że wiem, że woda ta jest zimna,

dławiąca, duszna--trzymałem się rękami mostu i patrzyłem z zachwytem i

dreszczem. Śmierć w wodzie... tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce

mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno ze wszech stron,

wstrząśnie mną nagle aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś szarpać

wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać strasznie, aż mimowoli otworzę usta,

i napiję się wody--i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć jakaś, łagodność,

jasność mię otoczy i w oczach będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I

będę chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak prędko przeszło, i zobaczę

śliczne słońce, które ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla

swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy i zasłona zapadnie, nie

będę już czuł ani zmory, ani zimna, ani opuchlizny, od której

nabrzmiewać będę. Dobrze...

Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie dziś jeszcze, a jednak

na sam widok tej wody podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce koło

prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego mostu--bo na pewno zeń skoczę--w

głębię, w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie i wyciągnę ręce,

aby ją odepchnąć. I wpadłszy, wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy

o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. A jednak nie mogłem ztamtąd

odejść, i wtedy... znów tam przyjdę.

--Co pan tu robi?

Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą na ramieniu. Spoglądał na

mnie bystro.

--Przyglądam się rzece.

--Tak... a gdzie pański kapelusz?

--Wpadł do wody.

--A gdzie pan mieszka?

--Na rue des Ecoles.--Nudziły mię te pytania i ciekawe spojrzenia, lecz

doprawdy nie miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się od rzeki i

zacząłem sam pytać:

--A pan dokąd idzie?

--Do roboty.

--To pewnie już będzie szósta?

--Jest szósta.

Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo spostrzegłem dopiero, że

żółknie zlekka wschodnia strona nieba. Rozmowa się urwała.

--Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze--niech Pan

idzie ze mną.

--Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.

Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi

badawczo w twarz--miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:

--Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, _to_ jeszcze nie tej nocy.

Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z

zimna rannego.

Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem,

błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego

ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku

płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice,

straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje

widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy,

rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w

swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.

Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony,

bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie

rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot.

Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar,

jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na

czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć

i znicestwia się.

Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się

będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli--i te,

które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę,

słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły,

bo od zbawienia uciekłem--i tej płaczącej, która przypomni, żem

nędzny--i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?--i odpowie, że

cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza.

A! Spijmy...

_Dnia 12 stycznia._

Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem prawie dzień cały,

zapuściwszy story. Wczoraj byłem »normalny«. Miałem nawet gości. Jestem

bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te zaręczyny stały się głośne w naszej

kolonii, postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały wieczorek. Wczoraj

to uskuteczniłem. Miałem wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora i

musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia przesiedziałem w kuchni swojej

gospodyni, przeszkadzając jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie

zebranie udało się dobrze i wszyscy, kto miał przybyć, przyszli, bo dla

Turskiego wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór Korzycki,

Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, Kloss z żoną...

Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych prawie żółtych róż, ale ona

ma takie zamyślenie w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała

symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, bo byłaby zadziwiona i

zirytowana;--choć właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież mowy

o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy się dobrze po północy.

Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na pożegnanie, przekomarzając się

niby z Władkiem, podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. Ma

niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie tej skóry jest pocałunkiem.

Palą mię trochę usta i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,

któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.

Z całego jej zachowania, dawniej i teraz--widzę, że ona ma dla mnie

ogromną przyjaźń. Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, lecz

Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie wyobrażenie; wierzy w mój

talent i zdolności, ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście.

Odmalował mię w takich barwach, że i jej udzieliła się jego przyjaźń.

To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać odrobinę, którą się ma, temu, co

wydarł nam wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków jego uczuć.

_Dnia 13 stycznia._

Nie dostałem nigdy w twarz--lecz zdaje mi się, że pręgi policzka pieką

mniej od drogi, którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę do lustra,

aby spojrzeć, czy twarz jeszcze gładka, czy nie tryśnie z niej smugami

krew. Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione palce, i ciśnie i

pali.

Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński urządził również mały

wieczorek. Ma on tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko _en famille_, we

czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy się zabawić tych gości,

lecz było to niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami--pocałunkami.

Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, że niczem, niczem nie

zwrócę jej uwagi. Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, ale

teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, aby choć na chwilę zapomniała,

że jest zakochaną. W niej zabita jest do szczętu wszelka ciekawość, ma

raz na zawsze spuszczone powieki. Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,

nie zobaczy tego nawet.

Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej położył dużą skórzaną

poduszkę; Władek, niby żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się

dyskretnie usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy papierosy,

słuchając w półcieniu ściszone odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy.

Widziałem, że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami ująwszy ją

za szyję, przysunął jej usta do swoich. Była to śliczna grupa... z

lichej gliny, bo przecież on jest brzydki.

A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali po niemiecku--oni nie rozumieją

tego języka--i instynktownieśmy czuli, że trzeba mówić rzeczy

bezwstydne, sprośne, aby znieść spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu

trafiliśmy na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych wspominaliśmy

dumnie najbezczelniejsze nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy się

kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, z ich miłości. Mimo to,

obaj czuliśmy dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały parę

razy przed oczami czarne plamy; po kawie to przeszło.

Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię wielka przyjemność. Dokuczyłem

trochę Władkowi. Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. Poliński

świecił jej lampą, ja stałem z drugiej strony, trzymając zarzutkę.

Władek, który się wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. Pod

pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, a czas już iść, nie

dopuszczałem go do niej--pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. Pchnął mię

kilka razy, naturalnie żartem. Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce

byłem bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy--i z odwagi.

Ściskałem bokser w ręku.

Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw odprowadziliśmy Zaleską.

Towarzyszyliśmy jej aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim

pożegnała się już w drzwiach pokoju: w ciemności zapałki zgasły. Potem

odprowadziłem Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną ochotę mówić i

wywnętrzać się--ale ja byłem milczący i zły, więc rozmowa się rwała.

Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. Potem zostałem sam i

poszedłem do domu przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci

siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta szeleszcząc tanimi

jedwabiami uwijały się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka razem

lub zaczepiały znajomych _amis_. Widok ten oblał mię jakby żarem. Odgłos

pieszczot przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny zawrót

ogarnął je, obudziła się żądza. Ani cienia rozkoszy nie było w tem

pożądaniu: nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, chwytać

jakieś ciało, ślizgać się po niem ustami, stopić się z niem, i giąć i

ginąć w nierozplecionych skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć i piec

powieki: żar mię owionął duszny, jaki czasem przed burzą spada z

pochmurnego już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, co się ze mną

dzieje, bo kilkanaście dziewcząt zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café

d'Harcourt. Tam gwar był jeszcze większy. W kącie przy stoliku siedziała

z jedną z »koleżanek« i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do

stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, zerwała się, rzuciła

mi się na szyję, zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, żem tak

dawno u niej nie był; siadła mi wreszcie na kolanach i zaproponowała,

żebyśmy wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem jej do ucha, że

nie mam czasu ani ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast i żeby

szła ze mną, jeśli jest wolna.--_Pour toi, chéri!_ Zgodziła się wyjść

odrazu. Wyszliśmy; para przy stoliku zaśmiała się za nami w głos: _Vous

êtes bien pressés, vous autres!_

Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze bardzo blisko: na rue

Tournon. W obu pokojach u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując

zarzutkę i stanik opowiadała mi, że wczoraj wróciła bardzo późno z

Bullier i musiała przyjąć na noc jedną koleżankę.--_Une amie c'est pire,

qu'un ami, tu sais?_ Wstały bardzo późno i nie było już komu sprzątać.

Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym i zaczęła porządkować i

układać pierzyny i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni na

fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie leżał rozsypany puder

fiołkowy i woń koło siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie i

zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione perfumy Zaleskiej.

Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła się jeszcze po pokoju,

wypiła zapomniany gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy mię

głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:

--_On est rentré tard, je t'avais dit._

Nie ruszyłem się z miejsca.

Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie i wyciągnęła się jak długa.

Koszula odpięła się jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się okrągle.

Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma i pierś i ramię prześliczne. Biodra

smukłe rysowały się przez batystową koszulę wyraźnie. Twarz jej

zasłaniał cieniem róg poduszki.

Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza znowu ogniem mię przebiegła.

Zerwałem się ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić to ciało,

które ku mnie wynurzyło się z bieli. Wpijałem usta do jej ust i

piersi... gdy ostatnia zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi duszę i

dusić poczęła mi oddech:

Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...

Żądza zgasła--jak zdmuchnięta świeca. Łzy schwyciły mię za gardło,

wybuchnąłem płaczem, rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.

--_Mais qu'as tu donc? T'es fou._

Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak szalony--jestem w domu,

zamknąłem się na klucz. Łzy już wyschły--ale palą. Wycisną mi chyba na

licach pod oczami piętno na wieczność całą. Wszystka duma moja stopiła

się w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi w twarz, bo tak płacze

tylko niemoc, nędza, miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi się

hańby, że jest pogardzona.

Więc ją kocham? Kocham Zaleską?--Zapewne.

_Dnia 15 stycznia._

Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna myśl, decyzya prawie,

zagadnienie. Czy ja mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, czy też

nie? Wzgląd na Władka nie gra tu żadnej roli; nie uznaję innego

obowiązku, oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej przeszkodą lub

tryumfem. Idzie tylko o to, czy rzecz jest możliwa.

Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie bez pamięci--to jest źle; są

dopiero zaręczeni i mają tak zostać długo--to jest dobrze. Jestto bowiem

ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, ciągły śpiew na wysoką nutę, który

nuży gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, gdy ona poczuje, że

śpiewak jest zmęczony i trzeba go zluzować: to może być podwaliną

zwycięztwa.

Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie mam w sobie nic odrażającego

i siły mi nie brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę talentu, która

może mi pomódz. Zobaczę, czy muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem

wytrwały... Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.

Właściwie rozumowanie jest tu niepotrzebne. Nie ma rzeczy niemożliwych,

są tylko bardzo trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zacznę.

Jeśli przegram, nie stracę nic, bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak

cicho, abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem słowa, które wtedy na

usta mi wystrzelą. Może jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,

krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, i przywoła do życia. Może ona

jest życiem--i dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, rozpacz i

śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy jest zły czyn od najpiękniejszego

marzenia.

Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania planu. Roztrząsam to na

zimno, jak równanie. Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest wykluczona.

Ona jest na to za łagodna, za dobra i trochę... za głupia. Zresztą...

Władek. Działać można tylko powoli, zwolna, krok za krokiem, jak fala,

która pieści i podmywa brzegi, zanim je zatopi. Należy im nie odmówić

tej przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak najbliżej. Trzeba

wejść do tej rodziny... we troje, aby później zostać można bez

trzeciego.

Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem skroni przez czas długi, lecz

jest jedyna, a zatem dobra.

Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.

_Dnia 16 stycznia._

Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem bilety; dla Zaleskiej

przyniosłem mój zwykły bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć

coraz więcej widzę, że _contra spem spero_. I on, i ona są jakby

opętani; wszystko, co się koło nich dzieje, dochodzi ich, jakby

stłumione i dalekie. Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, zarówno we

dwoje, jak i we troje rwała się bez przerwy, jak między obcymi. Były

chwile w tej drodze, że mi ręce drżały, jakgdybym chciał schwycić--wroga

lub siebie--za gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone i

trzymali się za ręce pod parapetem. Ja... ja słuchałem opery i na moją

duszę, nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy trochę więcej...

o muzyce, o poezyi, o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo

lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. Naturalnie

zgodziłem się chętnie i powiedziałem ten smutny, napisany na Wiliją.

Na niebie mojem chmury...

Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu piszę takie rzeczy

ponure i rozpaczliwe. Czy mi źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale

Władek, który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię niedługo za pierwszego

poetę w Polsce.

Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała sobie, że nie kazała

zapalić w piecu i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią na górę,

aby rozpalić ogień. Czekałem na niego kilka minut, aż wreszcie znudziło

mi się stać na mrozie, znudziło czysto fizycznie--i odszedłem. Chodziłem

długo nad Sekwaną i myślałem. Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa

brzegów.

................................

Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł z plotką. Spotkał się na

obiedzie z Turskim. Turski był strasznie zgorączkowany: biega po

wszystkich urzędach Paryża, wyrabia dla siebie i narzeczonej dokumenty.

Ślub odbyć się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.

Czy rozumiesz?

Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?

Jeden miesiąc życia: utwory prozą · 第 4 / 21 题