Baskerville Hall.
Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer byli gotowi do drogi i w dniu
oznaczonym wyruszyliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odwiózł mnie na
dworzec i udzielił ostatnich rad i wskazówek.
-- Nie będę bałamucił twego własnego sądu, poddając ci moje
podejrzenia -- mówił. -- Pragnę tylko, abyś mi donosił o faktach
z największymi szczegółami. Pozostaw mi wysnuwanie z nich wniosków.
-- O jakich faktach chcesz wiedzieć? -- spytałem.
-- Chcę wiedzieć o wszystkiem, co się zdarzy, choćby to napozór nie
miało żadnego związku z naszą sprawą; pragnę zwłaszcza poznać
stosunki młodego Baskervilla z sąsiedztwem, oraz wszelkie szczegóły,
odnośne do śmierci sir Karola. Jedno wydaje mi się pewnem, a mianowicie,
że pan Jerzy Desmond, najbliższy spadkobierca, jest człowiekiem
bezinteresownym i że nie on był sprawcą morderstwa. Możemy go zupełnie
pominąć. Szukajmy wśród najbliższego otoczenia sir Henryka.
-- Czy nie należałoby przedewszystkiem pozbyć się małżonków
Barrymore?
-- Byłoby to wielką nieostrożnością. Jeżeli są niewinni, stałaby
się im krzywda; jeśli są winni, ułatwiłoby im to zatarcie śladów.
Nie! trzeba ich zatrzymać, ale nie spuszczać z nich oka. Jest tam
jeszcze _groom_. Jest dwóch dzierżawców w pobliżu łąki. Jest doktor
Mortimer, ale ten wydaje mi się zupełnie uczciwym; jest jego żona,
o której nic nie wiemy. Dalej jest pan Frankland z Lafter-Hall
i jeszcze paru sąsiadów. Tym wszystkim sąsiadom musisz przyglądać
się bacznie, aby poznać dokładnie ich charakter, ich cele,
upodobania i t. d.
-- Uczynię, co tylko w mej mocy.
-- Wszak masz broń przy sobie?
-- Tak, na wszelki przypadek wziąłem rewolwer.
-- Niech cię nie opuszcza we dnie i w nocy; bądź w zbrojnem pogotowiu.
Nasi przyjaciele znaleźli już przedział pierwszej klasy i czekali na
platformie.
-- Nie mamy żadnych wieści -- odparł doktor Mortimer w odpowiedzi na
pytanie Holmesa. -- Jednego tylko jestem pewien, a to, że nas już nie
śledzono przez te dwa dni ostatnie. Wychodziliśmy zawsze pod opieką
tajnego policyanta, który nic podejrzanego nie dostrzegł.
-- Mam nadzieję, że trzymaliście się panowie razem?
-- Prawie ciągle; wczoraj wyjątkowo spędziłem całe popołudnie u sir
Henryka w muzeum chirurgicznem -- odparł doktor Mortimer.
-- Było to wielką nieostrożnością -- rzekł Holmes z zadumą. --
Proszę cię, sir Henryku, nie wychodź nigdy sam, bo może cię
spotkać wielkie nieszczęście. Czy znalazł się drugi but?
-- Przepadł z kretesem.
-- Do widzenia -- mówił Holmes, gdy pociąg ruszył -- a pamiętaj, sir
Henryku, jedno zdanie z owej legendy: po zachodzie słońca unikaj łąki
i przyległego trzęsawiska.
* * * * *
Podróż była przyjemna; czas zeszedł mi na zawiązywaniu bliższej
znajomości z moimi towarzyszami i na bawieniu się z pieskiem doktora
Mortimera.
Po paru godzinach zazieleniały pola, przez okno wagonu widać było
pasące się trzody. Młody Baskerville przyglądał się krajobrazowi
z widoczną przyjemnością, zwłaszcza, gdyśmy wjechali w jego rodzinne
Devonshire.
-- Od chwili, gdym je opuścił, objechałem świat dokoła -- mówił --
a nie widziałem nigdzie nic podobnego.
-- Wszyscy obywatele Devonshire dzielą pańskie zdanie -- wtrąciłem. --
Żadna okolica nie wzbudza tak wielkiego przywiązania w swoich
mieszkańcach, jak ta właśnie.
-- To zależy od rasy -- tłómaczył doktor Mortimer. -- Dość spojrzeć
na okrągłą czaszkę sir Henryka, aby poznać, że jest celtyckiego
pochodzenia, a Celtowie mają wrodzony zapał i zdolność przywiązywania
się do ludzi i kraju. Głowa biednego sir Karola była nawpół galijska,
nawpół celtycka. Wszak pan, sir Henryku, opuściłeś Baskerville-Hall
w bardzo młodym wieku?
-- Miałem zaledwie lat dziesięć, gdy mój ojciec umarł. Zresztą nie
znam pałacu, mieszkaliśmy w ustronnym dworku na południowem wybrzeżu.
Stamtąd pojechałem wprost do Ameryki. Cały ten kraj jest dla mnie tak
obcym i nowym, jak dla doktora Watson, a chciałbym już jaknajprędzej
zobaczyć łąkę i przyległe trzęsawisko.
-- Pańskie życzenie już się spełniło.
Doktor Mortimer wskazywał nam przez szybę rozległą pustą przestrzeń.
Był to widok smutny, ponury. Baskerville przyglądał mu się ze
wzruszeniem, jako pobojowisku, na którem rozegrywały się tragiczne
losy jego rodziny.
W jego brwiach ściągniętych, w zarysie ust znać było niezłomną wolę
i energię.
Pociąg zatrzymał się przy małej stacyjce. Wysiedliśmy z wagonu. Po
drugiej stronie dworca czekał nas amerykan, zaprzężony w dwa rosłe
konie.
Nasz przyjazd był widocznie wypadkiem dnia, gdyż obstąpili nas
tragarze, a naczelnik stacyi ze swoim sztabem przyglądali nam się
ciekawie. Zastanowił mnie widok dwóch rosłych chłopów w mundurach
żołnierskich; stali, oparci na karabinach i nie spuszczali z nas oka.
Stangret, o twarzy surowej, powitał sir Henryka ukłonem. Zajęliśmy
miejsca w wehikule, konie pomknęły szybko; mijaliśmy schludne fermy,
otoczone ogródkami, ale woddali szarzały wciąż oparzeliska.
Amerykan wjechał na boczną drogę; mknęliśmy wśród łąk żyznych
i pól uprawnych. Przy każdym zakręcie, ujawniającym nowe horyzonty,
Baskerville wydawał ciche okrzyki zachwytu. Minęliśmy lasek dębowy;
zeschłe liście uściełały drogę nowemu dziedzicowi. Można to było
poczytywać za złą wróżbę...
-- Hola! cóż to znaczy? -- zawołał doktor Mortimer, gdyśmy wyjechali
na pole.
Jak wryty w ziemię, stał żołnierz na koniu, z bagnetem przez ramię.
-- Co to znaczy, Perkins? -- spytał znowu doktor Mortimer.
Stangret odwrócił się ku nam i rzekł:
-- Trzy dni temu, jakiś więzień uciekł z więzienia w Princetown;
wszystkie drogi kołowe i wszystkie dworce w pobliżu strzeżone są przez
wojsko. Nie podoba się to naszym fermerom.
-- Powinni być radzi. Policya płaci dobrze za wiadomości o zbiegach.
Można zarobić kilka funtów.
-- Ale można też stracić głowę, bo taki nie daruje i gardło poderznie
każdemu, kto policyę na jego trop wsadzi.
-- Cóż to za jeden?
-- Nazywa się Seldon. Wpakowano go do więzienia za morderstwo
w Notting-Hill.
Pamiętałem dobrze tę sprawę, bo Holmes interesował się nią, z powodu
niezwykłego okrucieństwa mordercy. Złagodzono mu karę śmierci na
dożywotnie więzienie: został uznany niepoczytalnym; sędziowie nie
mogli uwierzyć, aby dopuścił się tak potwornej zbrodni, będąc przy
zdrowych zmysłach.
Nasz amerykan toczył się teraz brzegiem trzęsawiska, najeżonego
wysokiemi kamieniami. Widok był groźny. Nawet sir Henryk przestał się
zachwycać krajobrazem.
Żyzna okolica pozostała za nami; mieliśmy przed sobą ziemię szarą,
jałową, zrzadka ukazywała się ludzka siedziba, opasana murem
z kamieni. Wreszcie wjechaliśmy w jar głęboki; roztoczyła się znowu
zieleń drzew, a w oddali ukazały się dwie strzeliste wieże. Stangret
wskazał biczem.
-- To Baskerville Hall -- oznajmił.
Pan tej rezydencyi, z roziskrzonemi oczyma przyglądał się swojej
siedzibie.
W parę minut potem wjeżdżaliśmy już w pałacową bramę,
staroświecką, sklepioną; po chwili ukazał nam się gmach,
przebudowany za południowo-afrykańskie złoto sir Karola.
Turkot kół zamierał na zwiędłych liściach, stare drzewa tworzyły
tunel nad naszemi głowami. Baskerville drgnął, widząc tę aleję.
-- Czy to było tutaj?... -- spytał półgłosem.
-- Nie; Aleja Wiązów jest po drugiej stronie -- objaśnił go doktor
Mortimer.
-- Nie dziw, że stryj miewał złe przeczucia. Ten liściasty tunel może
najodważniejszego człowieka przejąć strachem. Oświecę go lampami
elektrycznemi. Za pół roku ten dziedziniec będzie nie do poznania.
Minęliśmy ciemną aleję, i szerokim, wzniesionym podjazdem zajechaliśmy
przed pałac.
Środkowy korpus ozdobiony był wspaniałym portykiem; po bokach wznosiły
się wieże, średniowieczne, zębate, ze strzelnicami.
-- Witaj nam, sir Henryku! Witaj w domu swych przodków
w Baskerville-Hall!
Z temi słowami pod portyk wyszedł mężczyzna wysoki, blady, i otworzył
drzwiczki amerykana. Po za nim stała kobieta; pomagała mu wyjmować
kuferki.
-- Pozwoli pan, że, nie zsiadając, odjadę do domu -- rzekł doktor
Mortimer. -- Czeka na mnie żona.
-- Jakto? Nie chce pan zostać na obiad?
-- Chętniebym został i oprowadził pana po tej rezydencyi, ale
Barrymore spełni to lepiej odemnie. Muszę wracać. Dowidzenia!
A proszę pamiętać, że jestem na pańskie usługi o każdej porze
dnia i nocy.
Amerykan potoczył się znowu ciemną aleją. Sir Henryk przestąpił
próg, ja za nim.
Znaleźliśmy się w ogromnej, sklepionej sieni, z wiązaniami z belek
dębowych. W staroświeckim kominku płonął ogień. Obaj wyciągnęliśmy
ręce zziębnięte, a rozgrzawszy się, wodziliśmy oczyma po ścianach,
zawieszonych zbrojami, strzelbami i myśliwskimi trofeami.
-- Tak sobie właśnie wyobrażałem tę siedzibę -- mówił sir
Henryk. -- Typowa rezydencya angielskiego szlachcica. Gdy
pomyślę, że moi przodkowie żyli tu przez pięć wieków, ogarnia
mnie dziwne wzruszenie.
Barrymore, zaniósłszy kuferki do naszych pokojów, wrócił i stał
przy drzwiach, jako wytrawny służbista, nie chcąc przerywać
naszej rozmowy.
Był to mężczyzna lat średnich, niezwykłej urody, o twarzy bladej,
z dużą czarną brodą i regularnymi rysami.
-- Czy jaśnie pan każe podać obiad? -- zapytał.
-- Już gotów?
-- Gotów. Jaśnie pan znajdzie wodę ciepłą w swojej ubieralni. Moja
żona i ja będziemy starali się dogadzać jaśnie panu, dopóki nie
znajdzie nowej służby.
-- Więc chcecie mnie opuścić?
-- Warunki zmieniły się. My dwoje wystarczaliśmy sir Karolowi, ale
jaśnie pan zechce zapewne żyć dworniej, przyjmować gości i będzie
potrzebował więcej służby.
-- Więc chcecie mnie opuścić? -- powtórzył sir Henryk. -- Wszak twoja
rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń. Przykroby mi było
rozpoczynać nowe życie od zrywania tak dawnego stosunku.
Zdało mi się, że dostrzegam wzruszenie na chłodnej twarzy kamerdynera.
-- I nam będzie przykro -- odparł -- ale byliśmy oboje bardzo
przywiązani do sir Karola; jego śmierć wstrząsnęła nas do głębi.
Ten dom budzi w nas tak smutne wspomnienia, że wolelibyśmy go
opuścić.
-- Cóż zamierzacie uczynić?
-- Chcielibyśmy rozpocząć jakiś interes. Hojność sir Karola
dostarczyła nam środków po temu. Może jaśnie pan zechce obejrzeć
swoją rezydencyę.
Nad sienią była oszklona galerya. Prowadziły do niej podwójne schody.
Z tej galeryi wychodziły dwa korytarze, wiodące do pokojów sypialnych.
Mój, przylegał do sypialni sir Henryka. Ta część domu była widocznie
przybudowana: pokoje jasne, urządzone nowocześnie, zaopatrzone we
wszelkie wygody.
Za chwilę zeszliśmy do jadalni. Była to komnata wysoka, staroświecka,
przedzielona na dwie części: w jednej, do której wchodziło się po
trzech schodkach, za dawnych czasów jadali suzerenowie, zaś w niższej
-- wasale. Sklepione sufity nadawały jeszcze powagi tej komnacie, która
przy świetle pochodni, wśród gwaru uczty, bywała nieraz jasną
i wesołą, ale teraz, w blasku lampy, przyświecającej dwom gentlemanom
we frakach, wydawała się anachronizmem.
Wszystkie cztery ściany były ozdobione wizerunkami przodków,
poczynając od rycerzy z czasów Elżbiety, a kończąc na przedostatnim
właścicielu Baskerville-Hall.
Mówiliśmy mało i przyznam, że byłem rad, gdy obiad skończył się
i mogliśmy wyjść do bilardowego pokoju na cygaro.
-- Niezbyt wesoła rezydencya... -- rzekł sir Henryk. -- Przypuszczam,
że można się do niej przyzwyczaić, ale na razie czuję się nieswój.
Nic dziwnego, że mój stryj stał się dziwakiem. Połóżmy się
wcześniej. Może jutro, przy blasku słonecznym, te komnaty
przedstawią nam się weselej.
Przed udaniem się na spoczynek, podniosłem roletę i wyjrzałem przez
okno. Widok był na trawnik przed portykiem. Pośrodku stały dwa dęby,
miotane wiatrem, Księżyc, w ostatniej kwadrze, przeświecał blado przez
chmury. Zdala widniały nagie skały, a po za niemi trzęsawisko.
Spuściłem roletę, nie chcąc patrzeć dłużej na ten ponury krajobraz.
Byłem zmęczony, a jednak usnąć nie mogłem; obracałem się z boku na
bok. Na dole zegar wybijał kwadranse, po za tem panowała cisza
grobowa.
Nagle przerwał ją płacz niewieści. Usiadłem na łóżku i począłem
nasłuchiwać. Przez pół godziny czekałem w natężeniu, ale oprócz
płaczu nie usłyszałem nic zgoła.