Trzy nici urwane.
Sherlock miał niezwykły dar zwracania dowolnie swoich myśli
w jakimbądź kierunku. Przez półtory godziny zapomniał o tej dziwnej
sprawie; pochłonęły go obrazy nowoczesnych mistrzów belgijskich,
mówił tylko o sztuce, na którą miał poglądy bardzo oryginalne.
O naznaczonej godzinie stanęliśmy przed Northumberland Hotel.
-- Sir Henryk Baskerville czeka panów na pierwszem piętrze -- rzekł
portyer.
-- Czy mogę zajrzeć do listy waszych gości? -- spytał Holmes.
-- I owszem.
Księga wykazywała, że dwie osoby stanęły w hotelu, po zatrzymaniu się
tam sir Henryka: niejaki Teofil Johnson z rodziną, przybyły
z Newcastle i pani Oldmore ze służącą, z High Lodge, Alton.
-- Zdaje mi się, że znam tego Johnsona -- rzekł Holmes do portyera. --
Wszak to adwokat: siwy, utyka na nogę.
-- Przeciwnie: ten pan Johnson jest właścicielem kopalni węgla, bardzo
ruchliwy, w wieku pana.
-- Jesteś w błędzie co do jego fachu.
-- Bynajmniej. Znamy go od lat kilkunastu; zawsze do nas zajeżdża.
-- Ha! w takim razie, ja się pomyliłem. Pani Oldmore?... I to nazwisko
jest mi znane. Daruj mi ciekawość, ale chciałbym wiedzieć, czy to moja
znajoma.
-- Jest to osoba niemłoda, bezwładna. Jej mąż był niegdyś merem
w Gloucester. Ona zawsze do nas zajeżdża.
-- Dziękuję za informacye. Widzę, że to kto inny. Nie znam tej pani...
Gdyśmy szli na górę, mój przyjaciel szepnął:
-- Wiemy już, że osoba, która interesuje się losem sir Henryka, nie
stanęła w tym hotelu. Choć go śledzi, jednak boi się być śledzoną.
Jest to fakt bardzo znamienny. Ale... cóż to się stało?...
Gdyśmy weszli na pierwsze piętro, naprzeciw nam wybiegł sir Henryk,
widocznie wzburzony. W ręku trzymał stary but.
-- Drwią sobie ze mnie w tym hotelu! -- wołał -- ale nauczę ich rozumu!
Jeżeli but się nie znajdzie, popamiętają mnie tutaj!
-- Szuka pan wciąż buta?
-- Tak, ale nie puszczę tego płazem!
-- Wszak pan mówił, że but był żółty?
-- Tak; wzięli mi naprzód żółty, a teraz czarny. Miałem tylko trzy
pary: nowe żółte, stare czarne i te oto lakierki. Wczoraj zniknął
jeden od żółtej pary, a dziś jeden od czarnej. No, i cóż? Znalazłeś
go? Mów.
Przed nami stał wystraszony posługacz, Niemiec.
-- Nie znalazłem -- odparł głosem drżącym. -- Szukałem wszędzie, ale
zginął bez śladu...
-- Słuchaj: jeżeli ten but nie znajdzie się przed wieczorem, powiem
zarządzającemu i wyprowadzę się z hotelu.
-- Znajdzie się! Obiecuję, że znajdzie się.
-- Pamiętaj! Przepraszam cię, panie Holmes, za tę scenę. Chociaż to
rzecz drobna, ale straciłem już cierpliwość.
-- To nie jest wcale drobiazg...
-- Widzę, że pan przejął się tą stratą. Jak ją pan sobie
tłómaczy?
-- Nic jeszcze nie rozumiem; bądź co bądź, to dziwne, jak wszystko,
co się panu przytrafia od chwili powrotu do kraju. Ale mamy już
kilka nici w ręku i spodziewam się, że nie ta, to druga, doprowadzi
nas do wykrycia prawdy. Możemy stracić trochę czasu na kroczeniu
po fałszywym tropie, ale wcześniej czy później, wejdziemy na
właściwy.
Śniadanie przeszło bardzo wesoło. Nie mówiliśmy o tej sprawie, dopiero
gdyśmy wrócili do apartamentu sir Henryka, oznajmił nam swoją decyzyę.
-- Jadę do Baskerville Hall -- oświadczył.
-- Kiedy?
-- W końcu tygodnia.
-- Ha! może pan dobrze robi. Jabym tak samo postąpił. Przekonywam się
coraz bardziej, że jesteś pan szpiegowany tutaj, a wśród milionów
ludzi, nagromadzonych w stolicy, trudno jest wykryć tych pańskich
prześladowców, czy opiekunów. Jeżeli mają złe względem pana zamiary,
mogą je wykonać, zanim zdołamy temu zapobiedz. Nie wiesz zapewne,
doktorze Mortimer, że śledzono panów dzisiaj, gdyście wyszli z domu?
Doktor Mortimer zdziwił się.
-- Któż nas szpiegował?
-- Na nieszczęście, nie potrafię tego powiedzieć. Czy wśród znajomych
i sąsiadów pańskich w Dartmoor jest jaki mężczyzna z bardzo czarną
i dużą brodą?
-- Nie... Ach, prawda... Barrymore, kamerdyner sir Karola, ma dużą,
gęstą i czarną brodę.
-- Tak? Gdzież jest teraz Barrymore?
-- Pilnuje pałacu.
-- Trzebaby się przekonać, czy nie bawi w Londynie.
-- W jaki sposób?
-- Daj mi pan blankiet telegraficzny. Napiszę: „Czy wszystko gotowe na
przyjęcie sir Henryka Baskerville?” Zaadresuję: „P. Barrymore,
Baskerville Hall”. Jaka jest najbliższa stacya telegraficzna?
-- Grimpen.
-- U spodu zamieszczam adnotacyę: „Telegram ma być oddany do rąk
p. Barrymore. Jeżeli jest nieobecny, proszę odesłać depeszę sir
Henrykowi Baskerville, Northumberland Hotel”. Przed wieczorem
będziemy wiedzieli, czy Barrymore jest na swojem stanowisku
w Devonshire.
-- Wybornie! -- rzekł sir Henryk. -- Ale powiedzże mi, doktorze
Mortimer, co to za jeden ów Barrymore?
-- Jest synem zmarłego klucznika. Od czterech pokoleń służyli rodowi
Baskervillów i strzegli pałacu. O ile wiem, współczesny Barrymore
i jego żona są bardzo porządnymi ludźmi.
-- Mają zresztą spokojny kawałek chleba, mało roboty i cały pałac do
rozporządzenia, skoro właściciele rzadko w nim przebywają.
-- To prawda.
-- Czy Barrymore został wymieniony w testamencie sir Karola? -- pytał
Holmes.
-- Oboje z żoną otrzymali po pięćset funtów.
-- Taak?... Czy wiedzieli, że je otrzymają?
-- Tak. Sir Karol lubił mówić o rozporządzeniach, zawartych w swoim
testamencie.
-- To bardzo ciekawy szczegół.
-- Mam nadzieję, że nie będziesz pan patrzył podejrzliwie na
wszystkich, którzy otrzymali legaty od sir Karola, bo i mnie zapisał
tysiąc funtów -- rzekł doktor Mortimer.
-- Doprawdy? Komuż jeszcze?
-- Jest kilka legatów na drobne sumki i duży zapis na cele
dobroczynne. Reszta kapitałów przeszła na sir Henryka.
-- Ile wynoszą?
-- 740,000 funtów szterlingów.
Holmes podniósł brwi ze zdziwienia.
-- Anim przypuszczał, że suma jest tak wysoka -- szepnął.
-- Sir Karol uchodził za bogacza, ale i my nie mieliśmy pojęcia,
że jest tak dalece bogatym. Cały majątek z nieruchomościami wynosi
przeszło milion funtów.
-- Doprawdy? Takie pieniądze mogą wywołać pożądliwość
i doprowadzić do zbrodni. Jeszcze jedno pytanie, doktorze
Mortimer. Przypuściwszy, że jakie nieszczęście spotka naszego
przyjaciela -- daruj mi pan tę smutną hypotezę -- kto wówczas
odziedziczy majątek?
-- Ponieważ Roger Baskerville, młodszy brat sir Karola, zmarł
bezżennie i bezpotomnie, zatem majątek przeszedłby na dalekich
krewnych, Desmondów. Jakób Desmond jest niemłodym człowiekiem, pełni
obowiązki pastora w Westmorland.
-- Dziękuję panu. Te szczegóły są dla mnie bardzo ważne. Czy pan
znasz Jakóba Desmond?
-- Znam. Przyjeżdżał kiedyś w odwiedziny do sir Karola. Jest to mąż
bogobojny, wielkich zasług i wielkiej bezinteresowności. Pamiętam,
że nie chciał przyjąć żadnego zasiłku od sir Karola, pomimo iż ten
błagał go o to.
-- Więc ten człowiek, tak skromnych wymagań, zostałby spadkobiercą
olbrzymiej fortuny?
-- Tak, o ile obecny właściciel nie rozporządzi kapitałami inaczej.
-- Wszak zrobiłeś już pan testament, sir Henryku?
-- Nie, panie Holmes. Nie miałem czasu. Dopiero wczoraj dowiedziałem
się, jak stoją rzeczy. Ale, bądź co bądź, uważam, że pieniądze
powinny iść razem z majątkiem ziemskim. Taka była wola stryja.
Właściciel Baskerville Hall nie mógłby utrzymać rezydencyi w stanie
dawnej świetności, gdyby nie miał gotówki. Pałac, ziemia i pieniądze
muszą być w jednem ręku.
-- Masz pan słuszność. Dzielę też najzupełniej pańskie zdanie i pod
innym względem, znajdując, że pan powinieneś wyruszyć natychmiast do
Devonshire. Ale nie możesz pan jechać sam.
-- Doktor Mortimer wraca ze mną.
-- Doktor Mortimer będzie zajęty praktyką, zresztą mieszka o parę mil
od dworu. Pomimo najlepszych chęci nie mógłby służyć panu pomocą
w razie potrzeby. Nie, sir Henryku, musisz wziąć ze sobą człowieka
zaufania, któryby pana nie opuszczał na krok.
-- Czyżbyś pan chciał ze mną jechać, panie Holmes?
-- W razie konieczności, stawię się natychmiast, ale teraz mam ważną
sprawę i nie mogę opuścić Londynu. Przedstawiciel pierwszorzędnego
rodu jest trapiony przez łotra i wyzyskiwacza. Muszę zapobiedz
skandalowi.
-- Może mi pan kogo poleci na swoje miejsce?
Holmes położył mi rękę na ramieniu.
-- Jeżeli mój przyjaciel zechce panu towarzyszyć -- rzekł -- to nikomu
nie mógłbyś pan tak zaufać, jak jemu.
Propozycya zaskoczyła mnie zupełnie znienacka. Zanim jednak zdążyłem
odpowiedzieć, Baskerville wyciągnął do mnie rękę.
-- Mam nadzieję, że mi pan tego nie odmówisz -- rzekł. -- Gdybyś
pan chciał wyświadczyć mi tę łaskę, będę panu wdzięcznym do końca
życia.
Nęciły mnie zawsze niezwykłe przygody, a w dodatku pochlebiała mi
skwapliwość, z jaką sir Henryk przyjął tę propozycyę.
-- Pojadę z przyjemnością -- odparłem.
-- I będziesz mi donosił o wszystkiem -- rzekł Holmes. -- Gdy
przyjdzie kryzys, co jest nieuniknionem, wskażę ci, jak masz postąpić.
Sądzę, że za dni kilka będziesz gotów do drogi.
-- Mogę jechać w sobotę -- oświadczyłem.
-- A więc spotkamy się o godzinie 10-ej minut 30 na dworcu Waterloo --
rzekł sir Henryk.
Nagle wydał okrzyk zdziwienia. Podbiegł do łóżka, schylił się
i z pod nocnej szafki wydobył but żółty.
-- Mam moją zgubę! -- zawołał.
-- Oby wszystkie przykrości zostały równie szybko usunięte -- życzył
mu Sherlock Holmes.
-- To jednak dziwne! -- zauważył doktor Mortimer. -- Przeszukałem
starannie cały pokój przed śniadaniem...
-- I ja także -- wtrącił sir Baskerville.
-- Wtedy nie było buta.
-- Zapewne posługacz podrzucił go w czasie naszej nieobecności.
Posłaliśmy po Niemca, ale twierdził, że o niczem nie wie i nie umiał
wyjaśnić tego dziwnego zdarzenia.
Więc znowu jedna zagadka powiększyła szereg drobnych tajemnic,
następujących tak szybko po sobie. Nie licząc już śmierci sir Karola,
w ciągu dwóch dni wpadaliśmy z jednego zdziwienia w drugie, łamiąc
sobie głowę: to nad drukowanym listem, to nad zjawieniem się szpiegów,
nad zniknięciem żółtego, to czarnego buta. Odnalezienie żółtego
było nowym sękiem.
Holmes nie odzywał się, jadąc ze mną na Baker Street; po jego
ściągniętych brwiach domyślałem się, że waży w myśli te wszystkie
okoliczności i wysnuwa z nich wnioski. Przez całe popołudnie, aż do
wieczora, siedział w obłokach dymu.
Przed samym obiadem wręczono mu dwie depesze: Pierwsza brzmiała w te
słowa:
„Doniesiono mi, że Barrymore jest na miejscu.
Baskerville”.
Treść drugiej depeszy była następująca:
„Zwiedziłem dwadzieścia trzy hotele wskazane, ale nie mogłem znaleźć
owego _Timesa_.
Cartwright”.
-- A więc obie moje nici zerwane -- rzekł Holmes. -- Nic mnie tak nie
podnieca, jak niepowodzenie. Musimy szukać innej drogi.
-- Pozostaje jeszcze dorożkarz, który woził nieznajomego.
-- Telefonowałem do biura policyi, aby dowiedziano się o jego
nazwisku. Ktoś dzwoni. To może odpowiedź?
Było to coś więcej. Do pokoju wszedł dorożkarz we własnej osobie.
-- Doniesiono mi z policyi, że ktoś, mieszkający pod tym adresem,
wypytuje o Nr. 2704 -- rzekł ów człowiek o twarzy dobrodusznej. --
Jeżdżę już siedem lat i nikt na mnie nigdy skargi nie wnosił, więc
bardzo mnie to zadziwiło i przyjechałem, żeby się dowiedzieć, co pan
ma przeciwko mnie.
-- Nie mam przeciwko wam nic zgoła, mój przyjacielu -- odparł Holmes
-- a właściwie mam dla was pół suwerena, jeżeli potraficie
odpowiedzieć jasno i dokładnie na moje pytania.
-- Dzisiaj widocznie dobry dzień -- szepnął dorożkarz. -- Czem panu
mogę służyć?
-- Przedewszystkiem podaj mi swój adres, na wszelki wypadek.
-- John Clayton, Turpey-Street Nr. 3. Stoję z dorożką, na
Shipley-Yard, w pobliżu dworca Waterloo.
Sherlock Holmes zapisał to sobie.
-- A teraz, Clayton, powiedz mi wszystko, co wiesz, o panu, który stał
pod tym domem o dziesiątej rano, a potem kazał ci jechać za dwoma
gentlemanami przez Regent-Street.
Dorożkarz spojrzał na niego ze zdziwieniem.
-- Cóż ja panu mam mówić, kiedy pan sam wie wszystko -- odparł. -- Ten
pan powiedział mi, że należy do policyi, że jest detektywem, i kazał
milczeć.
-- Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo ważna, i możesz się znaleźć
w trudnem położeniu, jeśli zachowasz to, co wiesz, dla siebie -- rzekł
Holmes. -- A więc ten pan ci mówił, że jest detektywem?
-- Tak, proszę pana.
-- A kiedy ci to powiedział?
-- Wysiadając z dorożki.
-- Czy wymienił swoje nazwisko?
-- Tak.
Holmes rzucił mi tryumfujące spojrzenie.
-- To było bardzo nieostrożnie -- rzekł. -- Jak się nazywa?
-- Sherlock Holmes.
Nigdy jeszcze nie widziałem mojego przyjaciela tak zdumionym. Spuścił
głowę i milczał. Wreszcie wybuchnął śmiechem.
-- A to szczwany lis! Zadrwił sobie ze mnie. Lubię takich! Powiedział,
że się nazywa Sherlock Holmes?
-- Tak.
-- Dobrze. Powiedz mi teraz, w którem miejscu wsiadł do dorożki i co
było potem?
-- Zawołał na mnie o wpół do dziesiątej na Trafalgar Square.
Powiedział odrazu, że jest detektywem i ofiarował mi dwie gwinee,
jeżeli przez cały dzień będę spełniał jego rozkazy i o nic pytać
nie będę. Zgodziłem się chętnie. Naprzód pojechaliśmy pod hotel
Northumberland i czekaliśmy tam, aż dwóch gentlemanów wyszło. Wsiedli
do dorożki. Jechaliśmy za nimi; wysiedli gdzieś tutaj w pobliżu.
-- Weszli do tego domu?
-- Nie pamiętam dokładnie, ale mój gość widział i zapamiętał.
Stanęliśmy opodal i czekaliśmy półtory godziny. Potem ci gentlemanowie
przeszli mimo nas, mój pan kazał mi jechać powoli przez Baker-Street,
a potem przez Regent Street, do połowy. Wtedy gentleman spuścił
okienko i krzyknął, żebym jechał prosto na dworzec Waterloo, co koń
wyskoczy. Zaciąłem szkapę i dojechaliśmy w dziesięć minut.
Wysiadając, odwrócił się do mnie i rzekł: -- „Może ciekaw będziesz
dowiedzieć się, kogo wiozłeś? Jestem Sherlock Holmes”.
-- A nie widziałeś go już potem?
-- Nie.
-- Jakże ten pan Sherlock Holmes wyglądał?
Dorożkarz podrapał się w głowę.
-- Nie tak łatwo go opisać. Miał może lat czterdzieści, był
średniego wzrostu, ze dwa cale niższy od pana, ubrany był
porządnie, miał dużą, czarną brodę, przyciętą spiczasto,
i był bardzo blady.
-- Jakie miał oczy?
-- Nie wiem.
-- Nie zapamiętałeś nic więcej?
-- Nie.
-- Masz swoje pół suwerena; dostaniesz drugie pół, jak mi doniesiesz
coś więcej. Dobranoc.
-- Dobranoc panu i dziękuję.
John Clayton wyszedł, uradowany.
-- Urwała się trzecia nić! -- zawołał Holmes. -- To sprytny hultaj!
Wiedział, gdzie mieszkam, w jakim interesie sir Henryk przybył do
mnie; poznał mnie na Regent-Street; domyślił się, że spostrzegłem
numer dorożkarza, że go sprowadzę, i dlatego wymienił moje nazwisko.
Powiadam ci, Watson, mamy przeciwnika nielada. Zaszachowano mnie
w Londynie. Życzę ci lepszego powodzenia w Devonshire. Mam wyrzuty
sumienia, że cię tam posyłam. Sprawa nieczysta. Możemy się śmiać,
ale ci powiem, że chciałbym cię już widzieć tutaj z powrotem.