VII.

Stapleton z Merripit-House.

Świeżość następnego poranka rozproszyła smutne wrażenie, jakie na

nas obu wywarła rezydencya Baskervillów. W świetle promieni

słonecznych, ślizgających się po starych zbrojach, sala jadalna

wydała nam się weselszą, gdyśmy zasiedli do śniadania.

-- Widzę że to była wina naszego usposobienia, nie zaś dworu -- mówił

baronet. -- Byliśmy wczoraj zmęczeni drogą, zziębli, więc wszystko

ukazywało nam się w ponurem świetle. Dziś jesteśmy rzeźwi,

wypoczęci, to też dom wydaje nam się weselszym.

-- A jednak nie wszystko było grą wyobraźni -- odparłem. -- Czy pan

słyszał wczoraj płacz?

-- Istotnie, zdawało mi się, że słyszę zawodzenie żałosne.

Natężyłem słuch, ale płacz ustał; więc byłem pewien, że mi

się śniło.

-- Ja słyszałem płacz najwyraźniej i mógłbym ręczyć, że płakała

kobieta.

-- Trzeba to sprawdzić -- oświadczył sir Henryk.

Zadzwonił na Barrymora i spytał go o wyjaśnienie tej zagadki. Zdało mi

się, że blada twarz kamerdynera zbladła jeszcze bardziej.

-- W domu są tylko dwie kobiety -- odparł. -- Mleczarka, która śpi

w drugiem skrzydle i moja żona. Co do mojej, mogę ręczyć, że nie

płakała.

A jednak, mówiąc to, kłamał.

Po śniadaniu, spotkałem mrs. Barrymore w sieni. Słońce padało na jej

twarz chłodną, płaską i brzydką. Duże, wyraziste oczy były

zaczerwienione; spojrzała na mnie z pod zapuchłych powiek.

A więc to ona płakała wśród nocy; mąż wiedział o tem napewno.

Jednak zaprzeczył nam. Jaki miał w tem cel? Dlaczego ona płakała?

Ten blady mężczyzna z czarną brodą wydawał mi się podejrzanym. On

pierwszy znalazł trupa sir Karola; o okolicznościach, towarzyszących

jego śmierci wiedzieliśmy tylko to, co Barrymore opowiadał. Zaczynałem

przypuszczać, że to on, Barrymore, ukrywał się w dorożce i śledził

sir Henryka. Broda była podobna. Wprawdzie według rysopisu dorożkarza,

rzekomy Sherlock Holmes był niższego wzrostu, lecz rysopisy bywają

niedokładne.

Trzeba było tę rzecz sprawdzić. Ale w jaki sposób? Przedewszystkiem

należało dowiedzieć się od pocztmistrza w Grimpen, czy telegram został

oddany do własnych rąk Barrymora.

Po południu sir Henryk chciał załatwić korespondencyę; mogłem udać

się do Grimpen. Był to spacer niedaleki, droga wiodła brzegiem

trzęsawiska.

W Grimpen były tylko dwie murowane budowle: austerya i dom doktora

Mortimera. Pocztmistrz utrzymywał jednocześnie sklepik korzenny.

-- Naturalnie -- odparł na moje pytanie -- depesza została wręczona

panu Barrymore, stosownie do życzenia.

-- Kto ją wręczył?

-- Mój chłopak. Słuchaj-no, James, wszak w zeszłym tygodniu oddałeś

telegram do rąk pana Barrymore w Baskerville-Hall?

-- Tak, ojcze.

-- Do rąk własnych? -- spytałem.

-- Był wtedy na strychu, więc nie mogłem oddać mu do rąk, ale

wręczyłem depeszę jego żonie, która powiedziała, że ją zaraz

zaniesie mężowi.

-- Czy widziałeś pana Barrymore?

-- Nie, proszę pana; mówiłem już, że był na strychu.

-- Jeżeliś go nie widział, to skądże wiesz, że był na strychu?

-- Jego własna żona musiała chyba wiedzieć, gdzie się obraca --

wtrącił pocztmistrz. -- Czyżby nie dostał depeszy? Jeżeli zaszła

pomyłka, niech sam Barrymore wniesie skargę.

Na nicby się zdały dalsze pytania. Mimo wybiegu Holmesa, nie

pozyskaliśmy pewności, że Barrymore nie był wtedy w Londynie. On,

który ostatni widział sir Karola żywym, chciał może pierwszy zobaczyć

swego nowego pana.

Ale jaki mógł mieć cel w prześladowaniu rodziny Baskerville?

Przypomniała mi się dziwna przestroga, wycięta ze wstępnego artykułu

_Timesa_. Kto ją przesłał? On, czy też ktoś, kto chciał pokrzyżować

jego plany?

Może kamerdyner chciał zabezpieczyć sobie w dalszym ciągu spokojne

i niezależne stanowisko w pałacu, w którym podczas nieobecności

właścicieli był prawdziwym panem?...

Ale taki cel byłby niedostateczną pobudką do zbrodni.

Sam Holmes powiadał, że nigdy jeszcze nie zdarzyła mu się sprawa

tak zawiła. Pragnąłem już jak najprędzej oddać ją w ręce mego

przyjaciela.

Tok moich myśli został przerwany odgłosem kroków. Ktoś biegł za mną

i wołał mnie po nazwisku.

Odwróciłem się, pewien, że ujrzę doktora Mortimer, lecz ku mojemu

zdziwieniu, zobaczyłem nieznajomego.

Był to mężczyzna niewielkiego wzrostu, o twarzy wygolonej, o włosach

ciemnych, gładko przyczesanych; mógł mieć lat trzydzieści parę do

czterdziestu. Przez ramię zwieszała mu się puszka, w jednej ręce

niósł siatkę do łowienia owadów.

-- Daruje mi pan moją natarczywość, doktorze Watson -- rzekł,

podbiegając do mnie zdyszany -- ale tu, na tych piaskach, żyjemy

bez ceremonii. Prezentacye odbywają się naturalnie. Słyszał pan już

o mnie od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimer. Jestem

Stapleton z Merripit House.

-- Poznałbym pana po siatce -- odparłem, bo wiadomo mi, że pan

Stapleton jest naturalistą -- ale w jaki sposób pan mnie poznał?

-- Byłem u Mortimera i pokazał mi pana przez okno. Ponieważ idę w tę

samą stronę, więc dogoniłem pana. Czy sir Henryk już wypoczął po

podróży?

-- Najzupełniej.

-- Obawialiśmy się tu wszyscy, że nowy baronet, po tragicznej śmierci

sir Karola, nie zechce zamieszkać tutaj. Spełnia ofiarę, zagrzebując

się w takiem ustroniu; ale okolica na tem zyska i powinna mu być

wdzięczna. Spodziewam się, że sir Henryk nie żywi przesądnych obaw?

-- Jest na to zbyt rozumny.

-- Ma się rozumieć, słyszałeś już pan legendę o psie,

prześladującym tę rodzinę?

-- Słyszałem.

-- To dziwna, jak tutejsi włościanie są łatwowierni: każdy z nich

gotów przysiądz, że widział psa na własne oczy.

Pan Stapleton mówił to z uśmiechem, ale z oczu jego było widać, że

przywiązuje wiarę do tych pogłosek.

-- Owa legenda oddziałała na wyobraźnię sir Karola -- ciągnął

dalej -- i pewien jestem, że sprowadziła śmierć nagłą.

-- W jaki sposób?

-- Sir Karol był tak zdenerwowany, że ukazanie się psa mogło go

zabić. Zdaje mi się, że ujrzał istotnie jakieś dziwne stworzenie

w Alei Wiązów... Obawiałem się zawsze anewryzmu serca, bo byłem

bardzo do niego przywiązany.

-- Skąd pan wiedział o wadzie serca?

-- Od mego przyjaciela, doktora Mortimer.

-- Zatem sądzisz pan, że jakiś pies ścigał sir Karola i że biedak

zmarł skutkiem strachu?

-- Czy pan znasz jaki inny powód śmierci?

-- Dotychczas nie wyprowadzam wniosków.

-- A pan Sherlock Holmes czy wyraził już swój pogląd na tę sprawę?

Zdziwiło mnie takie pytanie. Można je było wziąć za zasadzkę, ale

twarz mówiącego była chłodna i obojętna, więc moje podejrzenia

musiały pierzchnąć.

-- Nie dziw, że znam pańskie stosunki ze słynnym detektywem -- rzekł

pan Stapleton. -- Wszak wiadomo powszechnie, iż jesteście w przyjaźni

ze sobą. Gdy doktor Mortimer wymienił mi pańskie nazwisko; domyśliłem

się odrazu, że pan Sherlock Holmes wziął w swoje ręce tę sprawę

i że pan tu przybyłeś z jego ramienia. Rzecz naturalna, że chciałbym

się dowiedzieć, co pan Sherlock Holmes o tem myśli.

-- Nie potrafię pana objaśnić w tym względzie.

-- Czy zamierza odwiedzić naszą okolicę?

-- Chwilowo nie może opuścić Londynu; ważniejsze sprawy pochłaniają

jego czas i uwagę.

-- Szkoda wielka! Możeby wyświetlił tę tajemnicę... Gdybyś pan

potrzebował wskazówek, gotów jestem służyć. Może mi pan powie,

w jaki sposób zamierzasz pan prowadzić sprawę, a kto wie, czy

nie mógłbym udzielić panu pomocy...

-- Przybyłem tu w odwiedziny do mego przyjaciela, sir Henryka, i nie

potrzebuję żadnej pomocy.

-- Jesteś pan ostrożny. To się chwali! -- rzekł Stapleton -- a ja

zostałem ukarany za natręctwo i nie ponowię już propozycyi, uczynionej

ze szczerego serca i w najlepszej chęci.

Doszliśmy do ścieżki, wiodącej przez piaski i trzęsawiska. Na prawo

sterczał odłam skały; po za nią, w pewnej odległości, unosił się

dym z komina.

-- Ta ścieżka prowadzi do Merripit-House -- rzekł Stapleton. -- Może

mnie pan zechce zaszczycić swojemi odwiedzinami?

Miałem ochotę odmówić ze względu na sir Henryka, ale przypomniałem

sobie, że jest zajęty korespondencyą; nie mogłem mu dopomódz, a

z drugiej strony, Holmes kazał mi poznawać sąsiedztwo. Więc przyjąłem

zaproszenie pana Stapleton i weszliśmy razem na ścieżkę.

-- Dziwne to trzęsawisko -- mówił, wskazując mi olbrzymią

płaszczyznę, pokrytą piaskami i trawą -- dla nieoswojonego oka

wydaje się monotonnem i smutnem, ale kto się przyzwyczai do tych

fal piaszczystych; dla tego mają one urok nieprzeparty, a zawierają

tyle tajemnic!...

-- Pan je zgłębiłeś?

-- Mieszkam tu od lat dwóch zaledwie. Tutejsi mieszkańcy mogliby mnie

nazwać obcym przybyszem. Osiedliliśmy się tutaj wkrótce po przybyciu

sir Karola, ale moje upodobania przyrodnicze skłaniają mnie do

ciągłych wędrówek, to też poznałem każdą niemal piędź ziemi.

Sądzę, że nikt tutaj nie zna jej lepiej odemnie.

-- Czy okolica jest tak trudną do poznania?

-- Bardzo trudną. Widzisz pan, naprzykład, tę rozległą równinę na

północ, obramowaną wzgórzami. Czy dostrzegasz pan co niezwykłego?

-- Widzę, że możnaby galopować po tej równinie.

-- Wielu już przypłaciło życiem taką chętkę. Czy widzisz pan zielone

plamy, któremi usiana jest ta płaszczyzna?

-- Są to zapewne kępki traw.

Stapleton roześmiał się.

-- To tak zwane Grimpen-Mire,[1] błota nieprzebyte. Jeden krok

fałszywy, a śmierć pewna. Niedalej, jak wczoraj, widziałem na własne

oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko.

Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy,

ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak

potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz

pan?... znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie...

Istotnie dostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się

długa szyja i rozległ się okrzyk przeraźliwy. Drgnąłem. Mój

towarzysz był chłodniejszy odemnie.

-- Już po nim! -- rzekł. -- Pochłonęło go bagno. Dwóch źrebców w dwa

dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska.

-- Pan jednak przebywa je bez szwanku? -- wtrąciłem.

-- Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę ścieżek bezpiecznych.

-- Co panu zależało na przebyciu tych błot?

-- Widzi pan te wzgórza woddali? To jak wyspy, odcięte od świata.

Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić

po takie okazy.

-- I ja spróbuję.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

-- Niechże pana Bóg strzeże od takich prób! Miałbym pańskie życie na

sumieniu! -- zawołał. -- Pan nie wróciłbyś z tej wycieczki. Mnie za

drogowskaz służą rośliny.

-- Cóż to takiego?... -- zawołałem.

Z oddali doleciało jakby szczekanie. Niepodobna było zmiarkować, skąd

płynie ten głos okropny.

Stapleton spojrzał na mnie z zagadkowym wyrazem twarzy.

-- Dziwne te bagna, prawda? -- rzekł jakby z dumą.

-- Co to takiego? -- spytałem.

-- Włościanie powiadają, że to pies Baskervillów upomina się

o zdobycz. Słyszałem ten głos parę razy, ale nigdy jeszcze tak

wyraźnie, jak dzisiaj.

Dokoła nie było widać żadnego żywego stworzenia.

-- Jesteś pan człowiekiem wykształconym. Wszak pan nie wierzysz

w przesądy? Jakże pan tłómaczy sobie te głosy? -- spytałem.

-- Stwardniałe błoto, pękając, wydaje czasem takie jęki -- odparł.

-- Nie, nie; to był głos żywego stworzenia.

-- Czyś pan kiedy słyszał wabienie błotnego ptaka, zwanego bąkiem?

-- Nie.

-- To okaz, zaginiony już, ale przetrwał może tutaj. Wszystko możliwe

na takich bagnach. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten głos był wabieniem

ostatniego bąka w Europie.

-- Bądź co bądź, w życiu mojem nie słyszałem podobnego dźwięku.

-- Tak, to pustkowie zawiera dużo dziwnych rzeczy. Spojrzyj pan na to

wzgórze. Co pan dostrzegasz?

Cały stok był usiany okrągłemi, foremnemi kamieniami.

-- Co to takiego? -- spytałem.

-- To siedziby naszych czcigodnych przodków. Człowiek przedhistoryczny

zaludniał gęsto te bagna, a ponieważ od tych czasów nikt tu nie

mieszkał, ich jaskinie pozostały nietknięte. Widzi się tam łoża,

stołki, misy...

-- Z jakiej epoki?

-- Neolitycznej zapewne.

-- Cóż ci ludzie robili?

-- Paśli trzody na stokach gór, osuszali bagna, wyrabiali broń

i sprzęty z kamienia. Tak, to bagno jest ciekawą kartą dziejową. Ale

przepraszam pana...

Stapleton urwał nagle i podążył za jakimś rzadkim okazem motyla.

Ścigał go zapamiętale, podskakiwał, kręcił się wkółko.

Ubawiony tem przyrodniczem _intermezzo_, postanowiłem czekać na

rezultat pościgu. Wtem doleciał mnie znowu odgłos kroków. Obejrzałem

się i zobaczyłem kobietę, zdążającą ku mnie.

Szła od strony Merripit-House. Domyśliłem się odrazu, że to jest miss

Stapleton, bom słyszał o jej niepospolitej urodzie. Jakoż nawet

w stolicy taka piękność musiałaby zwrócić uwagę a olśniewała

wprost na tem pustkowiu. Byłem tembardziej zdumiony, że miss

Stapleton stanowiła zupełny kontrast ze swoim bratem. O ile on

był blady, szczupły, o tyle ona wspaniale rozwinięta; o ile on

niepozorny, o tyle ona wytworną. On miał włosy i oczy szare,

płeć wyblakłą -- ona była brunetką tak silną, że podobnych nie

widuje się w Anglii. Miała rysy nadzwyczaj regularne, oczy ogniste,

usta prześlicznie wykrojone i płeć z gorącym rumieńcem. Wydawała

się, jakby cudownem, nadprzyrodzonem zjawiskiem na tle ponurego

krajobrazu. Oczy jej biegły niespokojnie za bratem, przyśpieszyła

kroku i zrównała się ze mną. Uchyliłem kapelusza i chciałem

się przedstawić, lecz nie dała mi dojść do słowa.

-- Wyjeżdżaj pan stąd!... -- szepnęła. -- Wracaj natychmiast do

Londynu....

Spojrzałem na nią ze zdumieniem. Oczy jej pałały, nóżka uderzała

o ziemię.

-- Po co mam wracać? -- zagadnąłem.

-- Nie mogę panu tego wytłómaczyć -- odparła głosem przyciszonym --

ale na miłość Boską, zastosuj się pan do mojej rady. Wyjedź pan stąd

i nigdy tu nie wracaj.

-- Ależ ja zaledwie przyjechałem...

-- Dlaczego pan nie chce zrozumieć, że ta przestroga ma pańskie dobro

na względzie? Raz jeszcze powtarzam: wracaj pan do Londynu zaraz, dziś

wieczorem. Opuść to strony. Cicho!... Mój brat nadchodzi. Nie mów mu

pan o tem ani słowa... Proszę mi zerwać parę storczyków z tej kępy

traw -- rzekła innym zupełnie głosem. -- Mamy dużo dzikich storczyków.

Lubię ten kwiat.

Stapleton zaniechał pościgu i wracał zdyszany.

-- Skądże się tu wzięłaś, Beryl? -- rzekł ostro.

-- Widzę, że jesteś zmęczony -- zagadnęła.

-- Tak, goniłem motyla. Piękny okaz; spotyka się go rzadko, zwłaszcza

na jesieni.

Mówił to lekko, ale patrzał na siostrę badawczo i groźnie.

-- Zapoznaliście się, państwo, jak widzę -- rzekł. -- Prezentacya już

zbyteczna.

-- Tak; prosiłam właśnie sir Henryka, żeby zerwał dla mnie parę

storczyków.

-- Więc bierzesz pana...

-- Sadziłam, że to sir Henryk Baskerville -- wtrąciła.

-- Pani się myli -- rzekłem. -- Jestem tylko jego przyjacielem.

Nazywam się Watson.

Rumieniec oblał jej śliczną twarzyczkę. Była widocznie zmieszana.

-- Zaszło nieporozumienie... -- rzekła.

-- Nie mieliście przecież dużo czasu na rozmowę -- wtrącił jej brat,

przeszywając ją wzrokiem badawczym.

-- Mówiłam do doktora Watson, jak do stałego mieszkańca tych stron,

nie zaś do gościa. Ale może pan zechce nas odwiedzić w Merripit-House?

Przyjąłem zaproszenie. Droga była niedaleka, wiodła brzegiem łąki.

Dom, przerobiony widocznie ze starej fermy, wznosił się wśród drzew

niewielkich, otoczony był murowanym parkanom; wyglądał smutno

i ponuro.

Otworzył nam drzwi stary, mrukliwy służący. Mieszkanie było obszerne,

w urządzeniu znać było rękę kobiecą. Patrząc przez okno na te bagna,

usiane kamieniami, zastanawiałem się, co mogło skłonić tak

wykształconego mężczyznę i tak piękną kobietę do obrania tutaj

siedziby.

-- Dziwisz się pan zapewne, że rozpięliśmy tutaj namioty? -- rzekł

Stapleton, jakby w odpowiedzi namoje myśli. -- A jednak dobrze nam

i czujemy się szczęśliwi. Prawda, Beryl?

-- Zupełnie szczęśliwi -- potwierdziła, bez zapału.

-- Miałem szkołę w jednem z hrabstw północnych -- mówił Stapleton --

ale ten rodzaj pracy nie odpowiadał mojemu temperamentowi, chociaż

obcowanie z dziećmi, urabianie ich umysłów, miało dla mnie dużo uroku.

Losy popchnęły mnie jednak na inną drogę. Wybuchła epidemia. Ofiarą

jej padło trzech chłopców z mojej szkoły; ucierpiała skutkiem tego na

opinii i nie mogła już utrzymać się dalej. Naraziło mnie to na dużą

stratę pieniężną; ale żal mi tylko zmarłych dzieci; dla siebie nie

żałuję tego, bo mam czas oddawać się moim ulubionym badaniom

i znalazłem tu obfite pole do studyów nad botaniką i zoologią. Siostra

dzieli moje upodobania przyrodnicze. Mówię to, żeby panu ułatwić

rozwiązanie zagadki, nad którą pan zastanawiał się, patrząc na

oparzeliska.

-- Dziwiłem się istotnie, że państwo obrali tę okolicę, w której

pobyt musi być smutny, zwłaszcza dla pani.

-- Jest mi tu dobrze -- oświadczyła.

-- Mamy książki, mamy nasze zajęcia naukowe, zresztą mamy sąsiadów.

Doktor Mortimer jest człowiekiem uczonym w swoim zakresie, biedny sir

Karol był miłym towarzyszem. Widywaliśmy go często, i jego śmierć

była dla nas ciosem. Jak pan uważa, czy bez natręctwa, mógłbym

złożyć dziś wizytę sir Henrykowi?

-- Jestem pewien, że będzie panu rad.

-- A więc odwiedzę go popołudniu. Pragnąłbym, o ile możności,

uprzyjemnić mu pobyt w tych stronach, zanim przywyknie do ponurej

okolicy. Może pan zechce obejrzeć mój zbiór motyli? Sądzę, że niema

obfitszego w całej Anglii południowej.

Nie mogłem przyjąć zaproszenia; pilno mi już było do mego towarzysza.

Balem się o niego, byłem mimowoli pod wrażeniem smutnego krajobrazu,

a zapewne i ostrzeżeń miss Stapleton, wypowiedzianych tak poważnie,

uroczyście niemal, że musiały osłaniać jakąś tajemnicę. To też,

mimo naglących zaprosin na śniadanie, pożegnałem rodzeństwo

i wracałem do dworu tą samą ścieżką.

Musiała być jednak inna krótsza droga, bo zanim doszedłem do

gościńca, ku wielkiemu mojemu zdziwieniu ujrzałem miss Stapleton,

siedzącą na kamieniu przy drodze.

-- Wybiegłam naprzód, aby pana tu spotkać, nie wzięłam nawet

kapelusza -- mówiła zdyszana. Chcę pana prosić, abyś zapomniał moje

słowa. Nie tyczyły się pana.

-- Nie mogę ich zapomnieć, miss Stapleton -- odparłem. -- Jestem

przyjacielem sir Henryka, chodzi mi o jego bezpieczeństwo. Niechże mi

pani wytłómaczy, dlaczego radzisz mu pani opuścić te strony i wracać

do Londynu?

-- To był kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy mnie pan poznasz,

przekonasz się, że nie zawsze umiem wytłómaczyć pobudki moich słów

i czynów.

-- Nie, nie, pamiętam, jak głos pani drżał, pamiętam, jak pani na mnie

patrzała z trwogą. Na miłość Boską, bądź ze mną szczera, miss

Stapleton. Od pierwszej chwili, gdym zawitał w te strony, czuję coś

złowróżbnego w powietrzu. Stąpamy jakby po owych zielonych kępach na

bagnie, lada chwila możemy w nich utonąć, a nikt nie chce nam wskazać,

gdzie jest niebezpieczeństwo. Powiedz mi pani, co znaczyły jej słowa,

a wzamian obiecuję, że je powtórzę sir Henrykowi.

Na twarzy miss Stapleton odbiło się wahanie, ale trwało krótko.

-- Przywiązujesz pan zbyt wielką wagę do moich słów -- odrzekła.

Oboje z bratem zmartwiliśmy się bardzo śmiercią sir Karola.

Odwiedzał nas często, mówił z przejęciem o klątwie, ciążącej

nad jego rodem. Nie dziw, że po jego tragicznej śmierci gotowa

byłam uwierzyć w słuszność jego obaw, a widząc jego spadkobiercę,

przedstawiciela tejże rodziny, uważałam sobie za obowiązek

przestrzedz go o możliwem niebezpieczeństwie. To był jedyny cel

moich słów.

-- Ale na czem owe niebezpieczeństwo polega?

-- Słyszałeś pan legendę o psie?

-- Nie wierzę w te brednie.

-- Ale ja wierzę. Jeżeli pan ma wpływ na sir Henryka, wywieź go pan

z tej okolicy. Świat szeroki. Dlaczego sir Henryk ma koniecznie mieszkać

tutaj, gdzie mu grozi niebezpieczeństwo?

-- Dlatego właśnie, że grozi. Taki już jego charakter. Jeżeli pani nie

może przytoczyć mi ważniejszego powodu, to tym argumentem nie zdołam

go skłonić do opuszczenia Baskerville-Hall.

-- Nie mogę przytoczyć innego powodu, bo żadnego innego nie znam.

-- Jeszcze jedno pytanie, miss Stapleton. Jeżeli w słowach pani nie

było ukrytego znaczenia, to dlaczego nie chciałaś, aby je brat

usłyszał?

-- Mój brat pragnie, żeby dwór był zamieszkany, bo sądzi, że

obecność właściciela jest konieczną dla dobra okolicy. Gniewałby

się na mnie, gdyby wiedział, że radzę sir Henrykowi opuścić te

strony. Spełniłam swój obowiązek i nic już więcej nie dodam.

Muszę wracać, bo brat domyśli się, żem rozmawiała z panem. Dowidzenia!

Odeszła, pozostawiając mnie na pastwę obaw i niepokojów o sir

Henryka.

Tajemnica Baskerville'ów: dziwne przygody Sherlocka Holmes · 第 16 / 30 题