Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do
salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się
wciąż, dygocąc...
Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną
z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna
fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle
przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!..
Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją
pieszczotliwie w swój uścisk gorący...
Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski,
zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym
ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają
znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić
poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty,
drobiazgi...
Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
przyspiesza pochód ich po salonie...
Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian,
skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar,
napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim
trzeszczeć zaczyna!..
Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie
do wnętrza pałacu...
Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona
salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem
ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa
się podstępnie do innych, przyległych komnat...
Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a
uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.
Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
ślad za tem podłoga wstrząsa się...
Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś
dusi go, w oczy się wżera...
Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
okno...
- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie.
Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!..
Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi
siebie w obłokach dymu.
- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
drzwiami...
Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! -
waha się...
Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół
zaczyna..
- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku
pokojom pani domu...
Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
nieprzytomny...
We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
palącego się pałacu...
Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija
się donośnie..
To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli
buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące
doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia,
miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha...
Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych
kroków ludzkich...
- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i
łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej
kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała...
Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może.
Chwilę stoi nieruchomy...
Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia,
odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w
bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka ziemi...
Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę
u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko
ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
dzwonić poczyna...
Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj
okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a
wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa
drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem...
Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z
łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a
ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni,
w całej swej grozie i majestacie...
Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju
służąca, wołaniem, błaga o pomoc!
W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem,
Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac.
Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę
dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę
marszałkowej...
W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej!
ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!..
W rogu dworu!! prędzej!!!"
Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do
ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki
- ku niemu!..
Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie
Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod
tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie
chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina
o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej
i dalej...
Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego
biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem.
Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku
niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony
wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę
trzymaną w uścisku kobietę...
Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem,
spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i
ciało!..
W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
tajemnicza...
W dalekim zakątku parku znów cicho...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie,
wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu,
dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak
mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na
piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe
meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i
koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha
pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc...
Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie
kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez
opieki stajni.
Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą
gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego
drzemiące cisze przerażonem rżeniem.
Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
dokoła, ze zdwojoną energią.
I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu,
miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym
gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już
obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących
płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje,
pokornieje, cichnie...
Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze,
płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak
domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają
się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych,
pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie,
liżąc ścian poczerniałych podnóże.
I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
żywiołem...
Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach,
stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i
krwawo-złocistą pożogą...
Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem
sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się
Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę
parku.
- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja
zaś ich muszę znaleźć - muszę!..
Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje
się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku
długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich,
okopconych butach...
Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama
dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im
się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się
stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od
marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak
wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..
Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
odpędzał od siebie myśli niektóre.
Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją,
prowadzącą do ustronnej altany...
Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła -
obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w
gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną,
ulubienicę Oli...
Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: -
Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie
młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę
jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko
spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno
otwarte!..
Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na
tem.
Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków
męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim
dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we
włosach Oli grzebień, z szyldkretu.
Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił
machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł...
Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez
ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew,
napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na
czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach
zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku
nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni
spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy.
Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co
wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego
obawy.
Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy
Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie
dogorywała już łuna ognia:
- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego,
rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką
przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w
ręku nahajką...
W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk
inny - kobiecy!..
Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się
natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie,
szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna,
cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
Zaległa chwila milczenia...
Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na
wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem,
pełnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..
Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz
jeszcze, przejmująco - ciszej:
- Precz!..
Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego
serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi,
Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach
pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa parku...
- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił
się w toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...
Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:
Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.
Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków
puszystych pościeli.
Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały
na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się
tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...
A wokoło drzemało, spało wszystko!..
Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie
i gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe
wieśniacze chatki...
Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny
zajaśniał nad wszystkiem dokoła...
Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył
oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...
Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.
---------------
Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało
się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się
jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski
pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą
i leżały porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle
młody człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od
biurka i zamknąwszy księgę, powstał.
- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.
Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka,
wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed
siebie...
Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego
plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go
lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył
przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały,
który zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.
Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień,
upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...
Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a
na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała
nitka przedwcześnie siwa.
I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w
owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem
sięgnąć, kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych,
zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała
się rozkosznie!..
- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem
wołało wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał
wciąż tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie
cierpiącej duszy własnej..
Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą,
obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie
nad głową parku.
Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem
kamiennym, a zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia,
bo aż do godziny szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco
innym...
Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!..
Chciał już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.
W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu
powstrzymała go na szczęście od tego kroku...
Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze
mur rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał
świat obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.
- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi,
rachunki, kasę i.t.d.
Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej
pracy, całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował
bezustannie. Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...
Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
zawsze...
Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.
Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i
zapytał głośno:
- Ha!.. szczo każesz?..
Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał
do miasteczka.
- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego
pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej,
właściciela danej wioski.
- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul,
żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre
wyjechali. - Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! -
poinformował znowu wyrostek.
Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł
rumieniec oburzenia.
- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać
potrafił każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił
się nikt, widocznie...
Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...
- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż
zatrzęsły się szyby dworku.
- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.
Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał
ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do
Gowartowa.
Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi;
czarnookie, czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych
spódnicach i chustkach, pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca
zerkając z uśmiechem i lubością na "harnoho chłopcia*)".
[*) Pięknego chłopca.]
W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
gowartowską...
W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej,
jak w lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały
zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...
Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał
przez groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą
pałacu; tu hukać począł, by mu ją otworzono.
Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się,
iż dom cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w
gościnie u Topolskiego, w Szczęsnojej.
- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.
- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać
tymczasem! - odpowiedział zapytany.
Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował
głośno.
- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu,
gdzie leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie
przykrycia i opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.
- Są parobcy na toku? - zapytał.
- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.
- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu
furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się
da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej
stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz
zawieźć tymczasem i zamknąć!..
Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano
chętnie.
Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go
chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."
Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać
nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony
sprzęt i przypominał sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...
Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą
się jakby szyderczo...
Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się
smutnie...
Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane
tuliło się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli
Dzierżymirskiej. Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma
pozostawionemi w pośpiechu sukniami - walała się obok szczątków
pianina...
Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie,
te odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej
przezeń kobiety błąkała się w nich, martwych i obojętnych...
Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre
z nich sam odsuwał od innych, segregował.
- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.
Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową
masą. Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt
drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i
skrytek.
Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz
nie na odgłos wozów bynajmniej.
To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem
jakaś sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna -
roztworzyła się przed nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie
portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu
pugilaresu połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc
mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski
rozśmiał się swobodnie i wziął portfel w ręce.
W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy,
parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy
na ziemię, brać się zaczęli do roboty.
Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość,
i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie
wydawać rozkazy.
Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami
pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku
tokowi.
Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.
Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares,
roztworzył go i począł szperać ciekawie.
W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych
przedziałkach rulony złota.
- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.
Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy
na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i
spojrzawszy raz jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś
czas w dłoni, poczem wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie
malowało się na jego twarzy. Czuł się zaambarasowanym, co czynić z
tym fantem?..
Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego
właściciela, jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej
osobiście?..
- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił
się. Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo
zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną.
Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania psów, i
Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, wchodził do
małej chatki leśniczego...
W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.
Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika.
Ten ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
bąkać...
- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
zdarza...
- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej,
gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w
ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!
- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
odjeżdżającym.
W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku
w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.
Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta
rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery
tutaj, bez widoków na przyszłość...
Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg
rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu,
Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał sucho, że
pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym
dotychczasowym chlebodawcom.
We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...
Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu
Krasnostawski: papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z
nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i
szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do
Szczęsnej.
Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...
Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś
walka...
- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie
kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.
- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak
każe sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już
zupełnie wyrzucił z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka,
sięgnął ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.
Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął
chodzić gorączkowo po pokoju.
- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w
sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!..
Prawda, jednak, że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył,
sponsowiał...
Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
silniejszem.
W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z
gotowym już w głowie planem, list pisać począł szybko,
zamaszyście...
W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
ustawał.
Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej
Krasnostawski.
Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od
lat pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas
ten cały, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie
się tych dwojga, i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną -
wszystko!..
List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę,
zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel
"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.
Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.
- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.
- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem
prędzej! Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..-
zawrzało w nim i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.
W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze
na wieczorny pociąg.
Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i
rumieniły białe ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po
rękach przez czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi
Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, rzeczy i
pieniądze, sam wzruszony, smutny...
Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma
mignęły mu ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie
ukraińskiego ludu - wrota skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i
bryczka potoczyła się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku,
zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i
kurhanów.
Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka
Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na
niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się
nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman
zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył biczem konie...
- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.
- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do
mruczącego wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na
bocznym trakcie obłok kurzawy.
- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman,
który zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni,
częstował właśnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
[*) Skądsiś.]
Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
przezeń końmi...
- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym
samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton
wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w
liberyę granatową, ze złotymi guzikami.
Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał
okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony
Ładyżyński.
- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! -
zaśmiał się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń
Krasnostawskiego.
- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i
przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną;
zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.
Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.
- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie,
zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie
trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi
do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo
dobrze, iż rzucasz te kąty...
W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość
swoją zamykać tu i tracić!..
I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do
Krasnostawskiego, a ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.
- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i
życzyć powodzenia na przyszłość!..
Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
natychmiast na inny temat, już mówił:
- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
opowiedzenia. Cóż, zgoda?
Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz,
przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i
szybko dalej.
- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego
cygarem. Zapalili...
Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil
rzekł.
- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...
- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że
go coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.
- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie...
Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w
smoking. Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po
chwili ciągnął dalej:
- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w
ręku. Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej
damy i wręcza jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco...
Nagle siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i
robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie
ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się wkrótce...
W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil
rozśmiał się serdecznie.
- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu
zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko słowy...
- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..
- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie
Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni
minus, tylko Topolskiego...
- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.
- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd
przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem.
- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan
Emil swego słuchacza.
- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż?
- rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
furmana.
Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę,
spojrzał przed siebie.
- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.
- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując
liberyjną czapkę.
- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz
pan, - i wskazał ręką krajobraz.
Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze
malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami
światełek...
- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.
Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:
- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich,
nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy
masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?
- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął
się Krasnostawski.
- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana,
ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć
jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany,
weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach,
Ładyżyński wyjął pospiesznie z surduta gruby list i podał go
Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schował go do kieszeni, gdzie
spoczywało i jego do Romana pismo.
- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.
- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
Krasnostawski.
- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i
tysiączki są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie
Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał
się, iż są one w innem, niż przypuszczał, ręku.
Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...
- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w
teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w
duszy uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie
Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka
tysiączków mając w zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i
puściwszy z ust kółko dymu, mówił dalej.
- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z
tego naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się
przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:
- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do
siebie... Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam -
pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało
jej było dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej
okradła go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące
się w portfelu.
Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w
siebie, decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...
Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
bracia nasi, Litwini...
Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe
cygaro i kończył.
- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się
wcale.
Skończyłem...
Ładyżyński odetchnął i umilkł.
- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
zdziwienie było wielkie?
- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś
poważna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej
siedziby pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz
męskiego towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana -
a w których to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego
koleżki Romana - znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka
osób, które przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą
po pożarze.
Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co
mówiłem, nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy
cygarze, i kiedy wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski
został bohaterem dnia!..
- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?
- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek
powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi
wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya...
Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz
trwało to krótko...
Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...
A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez
rzekę, i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego
miasteczka; niebawem wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie,
prowadzącym do kolejowego dworca.
Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to
pociąg zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go
Krasnostawski. Sięgnął szybko po zegarek i spojrzał:
- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...
- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
pociągu.
- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do
furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może
zdążymy! Jazda, a ostro!..
Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim
szlaku.
Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod
sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów,
bryk, obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.
Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk
przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i
wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.
- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do
sali.
Tu ruch panował nielada..
Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do
wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła
ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się,
jak w ukropie.
Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna,
rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim.
Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.
- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan
Emil, uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń
Krasnostawskiego.
Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli,
puścił szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy
szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi
pocztowemu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba
pisma.
- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg
znikł niebawem.
Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już
wkrótce, poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na
platformę, usiadł na ławeczce samotny.
Zamyślił się...
Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
życia.
Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak,
zbratał z ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten
pożycia wspólnego zakończyć tak marnie?..
Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt
mimowolny podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.
Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego
cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?
Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w
osobie tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego
życia?..
Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
nieruchomy.
Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny
przeszył powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary
wpadł pociąg kuryerski.
Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.
Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku
rozlegał się trzeci dzwonek.
Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko
i cofnął się w głąb wagonu...
Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie
sygnałów i pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.
Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na
dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły
światła.
Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w
dali, w pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna
noc cicha, zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem
szafiru - rozpostarła panowanie nad światem...
Cisza zupełna zawładnęła okolicą.
Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
godziny miarowo...
W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
bezustannie:
Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
-------------
W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po
chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od
słońca pod kolumny frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."
Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący
tam pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc
co chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na
koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na
placu katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia
głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach,
kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch
tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w niebo włoskie,
szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, dając sobą
najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej pracy człowieka.
Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila
wchodził ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej
ciszy świątyni wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo
jego mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu
przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby
weneckie.
- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na
pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni,
śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś
podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie,
wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.
Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy
natrętowi, a żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś
energicznie po włosku. Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął
kapelusz i odetchnął z ulgą.
Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i -
majestatu pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona
objęły go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z
marmuru, donośnie, rozległy się kroki Romana.
Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków
każda obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki
ołtarz, chór i rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym
blaskiem kolorowe szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego,
opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z
wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z osobna, patrzyły
na niego dziesiątki statuetek małych...
Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie..
Rażony światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy
głowę na piersi, zadumał się głęboko.
Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...
Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący
mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go
w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..
Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział
się Dzierżymirski o zdradzie Oli...
Chwili tej nie zapomni do grobu!..
Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami,
dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach
dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany
prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś,
powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa..
I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie
na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
złotem...
Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
usiłuje przeczytać je po raz wtóry...
Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem
łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru,
jak mówią, największe na świecie całym.
Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach
- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
cieni...
Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...
Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...
Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia -
dla szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go -
zapomniała!..
Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
kobiety tej niegdyś uczynił!..
Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!..
Swą cześć, uczciwość - sumienie!..
- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..