I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:

- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać

potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że

uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był

i fałsz wierutny!..

- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan

Emil, i zamilkł.

- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała

ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do

wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a

pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam

sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka

złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.

Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i

zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.

- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój

rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam

wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął

powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.

Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:

- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam

mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś...

Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. -

Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, -

dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął

do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.

Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu

gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany

żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie

zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni,

w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...

Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem

pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew

wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały

spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał,

nie było już w ogrodzie.

Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i

łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci

współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród

pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej

całej.

Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie,

oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego

naturalnie wcale.

Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył

Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr

swoich "Szczęsnaja".

Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym

gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca

prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu

rada była.

Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych

form światowych, przystojny i miły, był również bardzo

inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście

połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo,

szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze

panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał

on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je

subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i

umiejętnem, - mistrzem go nazywano.

Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko

z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz

podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z

krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes",

które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.

Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją

nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana

Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od

dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze

znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe,

jak nazywał - szczęście!

Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć

nieznacznie tylko, na swe tory.

Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej

znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą

Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie

grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował

skrycie - i szedł dalej...

Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą

przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła

nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań,

paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie

znaczących prawie...

A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich,

toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga

niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki,

literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych

codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a

równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...

To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl

jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie

wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub

rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie,

dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą

wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...

Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich,

pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.

A po za tem? Och, określić nawet trudno.

Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań,

chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów,

niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych,

czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe

jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo

pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a

nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu

ze sobą!

I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał

się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na

Olę sieci.

Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl

niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej,

wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!

Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce,

flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo

upragnioną jeszcze bardziej.

Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o

tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od

przędzy codziennego życia.

On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży,

dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola

słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie

łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych

chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w

lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i

półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz

rzeczy!..

Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył

jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego

się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc,"

spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..

Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na

których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok

niego kobiety.

Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:

Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych

kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar

letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...

- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło

zaśmiała się Ola.

- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł

niechętnie.

Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.

- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą

hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak

silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił,

z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej

uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny

"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.

- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w

twarzy młodego człowieka.

- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy

zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.

Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie,

pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł,

iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki

doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci

chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się

natychmiast.

- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy

się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej

myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..

- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż

bowiem wspólnego ma wschód słońca...

- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,

stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do

słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka

prysła snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne

szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat

cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy!

- Topolski umilkł na chwilę...

- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej -

kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie

słońce do uczucia kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która

również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może

człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..

- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,

poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:

- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby

może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją

jednak i odczuwam doskonale...

- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -

ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia

pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno

spostrzeżenie... - zatrzymał się...

- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie

łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...

- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.

- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! -

rzucił po francusku Topolski.

- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.

- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą

stanu?

- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie

nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.

- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać...

Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu

przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o

ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé

défini... - zaakcentował wyraz ostatni.

- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze

trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością

francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé,

indéfini - odcięła.

- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał

dłużnym Topolski.

- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. -

Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,

widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,

nieprawdaż?..

Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.

- Prześliczne! - potwierdził.

Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki

zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek,

układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki

małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku

śpiącego już słońca.

Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł

wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta

spojrzała przed siebie.

- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak

to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu

ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.

- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z

przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w

głosie.

Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło

nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując

się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.

Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów

żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę,

wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod

górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...

W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie

słowa i śmiechy idącej łączką pary.

Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą,

pochwycił cugle, i pomknął dalej...

- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.

Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego

plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa

od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona

bardzo.

A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on

od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim...

Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas

wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych,

przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim

powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów

jego, pełnych przebaczenia...

Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego

wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na

przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany

pozostał.

Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy

witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień

niemal w Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im

zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o

każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i

wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki,

uważano go nawet jakby za należącego do rodziny.

Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,

zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i

trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów

następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i

wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich!

Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas

ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się

można było...

Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi

bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy -

niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy,

zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...

Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu

plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim

roku pobytu u Dzierżymirskich.

Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,

niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej

różnicy położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z

powodu charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej

zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej

dla męża.

Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt

nie zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."

A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz

i języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...

Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył

"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie,

podczas których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy

jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i

prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił

się niemal do Oli!..

I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu

ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku

jej się zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na

Szczęsnej...

Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony

krogulcze, dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało

jeszcze poczucie własnej niemocy.

Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko,

nagląc niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.

- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. -

rzucił głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją

weźmie, pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co

robić? - wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy

Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.

W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął

instynktownie cugle, i począł jechać wolno.

Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały,

wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali

rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej

fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru

jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego,

mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród

pól i łanów szerokich.

Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego

latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów;

bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca

jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...

Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów

poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka.

Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo.

Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się

trwożnie - zaszumiało na stepie...

Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to

układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod

nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli

na trakt szeroki.

- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! -

szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.

- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.

Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz

wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną

stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię

przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.

- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk

zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem.

- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? -

wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym

cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..

Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec

małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka

i huknął donośnie.

Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy

wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków;

młody człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie,

schyliwszy głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.

Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z

hałasem. W ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę,

zbliżył się do biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie

umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u

pułapu belkach.

- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,

sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną

goryczą. Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową

księgę, umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed

biurkiem.

Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt

donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia

i pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.

-------------

Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane

jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...

Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,

wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński

zatem tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i

rozmyślnie przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski,

tłumiąc w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak

zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce

bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni.

Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych

sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym

rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom

cały naturalnie zniewolonym był być na usługi gości, działo się

to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec

eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w kąt,

ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych w gościnę;

sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i z góry stale

traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem "serwatki

towarzyskiej"...

W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla

ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie

wizyty... Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie,

by jechały, starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym

spodziewał się odwiedzin Topolskiego.

Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi

dzień prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński,

uśmiechnięty złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do

karamboli natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc

o wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym względzie.

Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, wracał, i

spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: "Wszak

hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? Pardon... na

śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały przed godziną

na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się właśnie,

iż palnęły sobie wizytkę!.."

Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,

zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał

ręce z radości.

Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek

Topolskiego i Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń

fermentowała już, potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz

bardziej nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście

oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej

wiadomości.

Był wieczór letni, kojący, cichy...

W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego

- w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem

odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary,

a przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.

Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w

jedną z cienistych alei.

Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali

przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki

marszałkowa. Wkrótce przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka

usiadła na ławeczce i posłała spojrzenie w dal...

Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała

pieśń, śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i

cieniutkim sopranem Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana

Emila. Barka znalazła się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana

nagle, zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła

najgłośniej: - Hop!.. hop!..

- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się

szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się

poczęły ku brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu

rękę i krzyknął;

- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..

- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można...

wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny

głosik Oli.

- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły

wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! -

odkrzyknęła pani Melania.

- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy.

Księżyc zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle...

Naprzód!.. - zakomenderował donośnie.

- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce

młodej parze.

- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski

milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu

dłużej, a sama do domu tak rychło nie pójdzie...

Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo

krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.

Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie

ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,

przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.

- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,

wołający głosik Dzierżymirskiej.

- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się

jednak wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:

- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz

swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...

Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie

po cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy

stróżem cnót młodych mężatek!..

I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku

pałacowi.

Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie

ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i

wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco

przechadzką.

Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w

Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.

- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, -

że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki...

Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!..

- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.

Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i

pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."

- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku

siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam

ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...

- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem

błyśnięciem oczu.

- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich

mówi pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała -

to trudno.

- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia,

stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania.

Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.

- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie

wierzyć pani...

Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w

przeciwnym rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała

się więc, przerywając:

- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu,

zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos

fortepianu.

- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. -

Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...

Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem

przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i

powstawszy, podążył do salonu w ślad za nią.

- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął

dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej.

- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon

dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do

fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...

- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i

posłuszny zawrócił.

Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała

donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i

głębie śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal

cichą pól i stepu...

- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w

parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych

trelików, ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili

ironiczny głos Ładyżyńskiego.

- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a

nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem,

półserjo odciął panu Emilowi Topolski.

Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu,

gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie:

- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie,

terre à terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?

- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry

mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać

muzykę...

- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan

Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej

salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać

zaczął karambole.

Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian,

płakał, smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i

uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością,

przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc

zarazem w duszy jej obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.

Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona

snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła:

- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A

pan Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.

Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie

chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:

- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i

na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.

Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku

fortepianowi.

- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.

- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała

marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno

do swych pokojów.

Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,

tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.

Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.

- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając

paluszków od klawiszy.

- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten

satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...

Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś

powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:

- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel

nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od

dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie

przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do

niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być

chwilki nawet sam na sam...

- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby

Ola, a usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie

pojmuję zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone

jakby jakieś prawa...

Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po

klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w

półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po

twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski

zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór

pochylił się ku rączce Oli.

- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po

fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa

- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.

- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.

Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz

namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień

wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi,

słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w

złocone ramy artyzmu i techniki.

Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony,

pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund

kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana

Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą

półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał

spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca;

lecz ten nie myślał o tem wcale.

Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch

ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się

mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w

tej chwili:

- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i

zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić

świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem.

- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam

u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju

chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie

półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą

wieczorną.

Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i

rzekła swobodnie:

- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..

Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle

razy...

Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.

- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające,

łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i

podniósł do ust, jej dłoń.

- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.

Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:

- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.

Pytająco spojrzała nań Ola.

- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego

doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w

zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...

- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła

Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała,

patrząc mu w oczy przeciągle:

- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...

- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu

spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła

lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach

fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego

jakby - pełnego cichej tęsknoty...

- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że

też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po

prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca

miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego

nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same

cisnęły mu się do ust przed chwilą...

- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w

myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w

kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz,

subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać

się zdawał.

Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem

innym, niż poprzednio:

- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...

- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -

zaśmiała się - vous êtes incomparable!..

- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...

- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas.

Więc, jakież ultimatum?

- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak

rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton,

który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze

jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...

- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan

zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie

rozumiem...

A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà

ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie

już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie

nadchodzi..

- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się

śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na

etażerce.

- Silence à mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..

Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a

zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z

ukrytym sarkazmem:

- Czy to... może panu zawdzięczam?..

I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez

czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli

dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy

fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki

zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery...

Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała

się głęboko.

- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż,

od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć

bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn,

na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..

Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...

Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją

odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie

prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie

nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy

wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała,

zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w

żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo

potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..

Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama

walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed

"nim" i przed nią samą...

I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a

pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni

księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą

ogrodową aleję.

Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie;

przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej

stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...

- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?

- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci

na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...

Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda

igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego

użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia

wszechpotężnie.

Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i

wewnętrznej walce.

Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku

domowi.

- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki

na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła

rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem

i rozterką!

Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na

pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych,

przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem,

wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny -

w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść

pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!..

- Marzenia! Ona nie ulegnie!..

- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,

cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w

życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego

dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością

wesprzyj!!!

Ola już jest w pobliżu pałacu.

- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce

po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona

cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach

pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego

życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem

i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi.

W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po

chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w

milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...

W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu,

płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając

fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy

promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki...

Ironia Pozorów · 第 23 / 27 题