I milknie skarga...

A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego

poczynają naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.

Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop

milczącego tumu, biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają

się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą,

tam, gdzieś wysoko... do Boga!..

Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...

- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie

wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku

przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem

oglądając wszystkie zabytki tumu.

Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich

zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga,

pobrzękując pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu

katedry, przy stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w

głębi, u wejścia do prowadzących tamże schodów.

Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do

dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.

Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place

targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło

zmniejszać się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję,

gdzie, oprócz biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.

W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...

Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń

świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z

najpiękniejszych włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie

"Cimitero Monumentale."

Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc

piechotą, kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie

i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli,

myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej

ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z

samym sobą!..

Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem

pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami,

zamykającej z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.

U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni

gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki

gotyckich wieżyczek, mauzoleów i pomników...

Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a

wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych

tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę

kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z popiołami

nieboszczyków.

I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc

zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem

kolumnady, posłusznie, na prawo...

Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny

artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...

Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli

na łożu z kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w

szale rozpaczy, klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz

zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu

strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już pożegnania!..

Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na

cmentarzu.

Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku

mogile matczynej.

Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,

Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych

włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej

i budowlanej roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z

pięknymi ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz

śliczne, odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po

wsze strony zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych

grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury

rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie...

ból!..

Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz

rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z

krawędzi odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale

imitowanej skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach

słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.

To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec

Poggich...

Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,

pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w

ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..

W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana;

twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża

ból niezmierny.

W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle...

W zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie

mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo

pięknego nader pomnika.

Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile

anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem

zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...

Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z

kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli

się wielki Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu

klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby

bólu, odziana cała w zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.

Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader

skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka,

oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony

subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi,

pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje

badawczo na pochyloną postać i głowę mężczyzny...

Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać

poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po

drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w

symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą

się ze sobą, grupują...

I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje

Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...

Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym;

był bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego

łaski, protekcyi.

Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...

Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...

To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem

cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,

zmalał...

I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego

jeszcze...

Przyszłość własną!..

On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on,

stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" -

niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a

wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod

pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?

- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy

zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z

wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z

wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa,

spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy

deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem

obliczu pięknej kobiety...

Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...

I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami

litości i bólu.

A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby

twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a

dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...

- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu

się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt

niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów

urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.

- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie

odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem

twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który

zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i

upadłem tak nisko... tak... nisko!

Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w

żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów,

krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez

niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie...

Podeptałem wszystko... wszystko...

- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się

dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy

ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie

tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego

ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..

I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,

półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!

A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie

wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:

- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..

Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,

wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me

dziecię!.. Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem

błotem!.. Zbłądziłeś...

A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u

stóp grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów

rozpaczliwie, z cicha...

- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie

wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie

potrafię. Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem?

Gdybym po wysiłku mózgowym i znalazł może przemądre nawet

rozwiązanie jakie, czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem,

stałoby się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne

zniechęcenie i gorycz.

- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z

tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez

Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z

siebie Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..

Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur

grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z

Panem Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.

Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie

zdołało już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na

zewnątrz!

Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,

głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.

**********************************************************

A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym

majestacie zachodziło słońce...

Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,

mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty

wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po

mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki,

kandelabry, posągi i piękne świętych obrazy...

Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą

blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu

cmentarza "Tempio di Crematione" gorzały pąsową grą światła...

A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników

ocknęły się po prostu jakby ożyły...

Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,

przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną

chwilkę - na mgnienie!..

I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -

nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,

zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew

płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją,

płaczą, smucą się - myślą!..

Patrzcie... patrzcie!..

Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,

zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się

gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po

stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm

posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka,

ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A

tam, znów dalej, w innej stronie...

W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,

szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w

trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...

Ironia Pozorów · 第 25 / 27 题