- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z
kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..
Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod
wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie,
posypały się niebawem liczne karambole.
Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.
- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
Chybiłem - graj pan!..
Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.
- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz,
takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...
A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił
jeszcze, w rodzaju pochwały:
- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
nieźle!...
Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru
uderzeniach wreszcie chybił.
- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował
Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i
pochylił się nad suknem zielonem.
- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...
Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała
kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
pozostałe bilardowe kule.
- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.
- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! -
podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego
człowieka.
- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się
grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu
zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem
się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.
Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie
much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej
powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach
kończącego się letniego popołudnia.
Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi
otwierał...
Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
młode chłopię...
- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę,
mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! -
dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do
Ładyżyńskiego.
- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.
Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się
zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a
usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.
- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca,
czy głowy?
- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z
saloniku.
- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.
- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos,
nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i
strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku
werandzie.
- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy
robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.
- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się
łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i
postępował raźno wykład gry bilardowej...
- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i
uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.
Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.
- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
leciutko w fotelu.
- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała
spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno
spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi,
uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.
- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
marszałkowa.
- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł
słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy
życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman
nie wraca?..
- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd
udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu,
gdzie zabawi dłużej...
- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie
mogę - wygłosił całkiem seryo.
Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej
zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę
pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak
to czas leci.
Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej
chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała
spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i
wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem
odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.
Zapanowało milczenie.
- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński,
w parę minut później.
- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. -
zaśmiała się staruszka.
- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć
wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą
łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby
gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...
Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła
lekko, w tym samym tonie:
- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy
potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie
również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli: