- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo,
Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem,
nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego
imperatora!..
Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza
Francyi.
Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś,
poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży
umęczony...
Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił
wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:
Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
stróżował inwalida...
Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
francais, que j'avais tant aimé" *).
[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego
ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]
Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą,
skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego
grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego
jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża.
Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
gwałtownie.
Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a
z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ
się właśnie odgłos bębna.
Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu
uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w
zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.
- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu
tam i ówdzie gości.
- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..
Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie.
Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne
tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona,
snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.
W gmachu panował mrok...
Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać
tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej
dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się
przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..
Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..
Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi
się...
W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach
rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona -
wodza!..
- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o
posadzkę uderza ktoś zamaszyście.
- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
rozlega się głos twardy i szorstki.
Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak
obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to
rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś
ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak
na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym
melancholii i smutku, milknie.
W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie
bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:
- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy
wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym
szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen
wieczny wielkiego imperatora!..
- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż
wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić
o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście
zdolni?..
Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
niecierpliwie szwajcara - inwalidę.
Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? -
myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w
mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z
tumu.
Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe,
i zatrzaśnięto je poza nim.
Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej
dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń,
porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.
- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty
wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic -
zero!..
- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć
się tak będę, zmuszony?
Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił
nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w
siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy
cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na
ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".
Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności
osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla
drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w
śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed
światem, stroił się prezes Dzierżymirski...
Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu
Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on
był etykę społecznego prawa!..
Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał
kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
czujnego zawsze sumienia!..
Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy.
Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona
- ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych.
Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z
Orlęckim!..
I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi
ku niemu.
Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..
Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy,
rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane
przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego
czynu.
Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo
ożywioną dzielnicę miasta.
Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.
Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się
ku muzeum.
Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia,
pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle
potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg
myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.
Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie
tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we
wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło,
niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i
oderwać od poziomów!
Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby
romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych
patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i
marmury...
Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.
Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
coraz piękniejsze.
Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego
dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego,
traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i
drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach
twarzy...
W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły
się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi,
oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z
Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi
fałdach - wdzięczyła się grecka muza...
Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki
niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.
Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą
przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że
oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie
kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich,
owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, -
druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem
pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem,
przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze,
za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.
Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego
dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed
chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...
I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i
biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później
zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk,
ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki
rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...
Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako
Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w
swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem
o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała
nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną
rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych
- drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...
Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych
rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej
przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce
kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na
wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad
wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z
Milo.
Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.
Pozornie kroczyła ona...
Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej
w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą,
wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z
włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą
blondynki, anielską - boską!..
Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu
oderwać po prostu nie był w stanie...
On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz,
zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam
osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia
wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii
królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać
mogło... A ciało?..
Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z
przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w
kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby,
nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych
piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną
przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią
przegięcia...
Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z
trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał
na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił
obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...
Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.
Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po
fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, -
to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na
prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od
tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet
- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie
leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga
Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał
promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...
Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu
czarowi pragnące swe ramiona!
Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali,
jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: -
"podziwiaj nas!.."
Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce
Dzierżymirski, do sal ostatnich.
Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia
królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej,
noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród
kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego
samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i
kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.
Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w
powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając -
błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych
dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...
Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...
I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym
obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz
przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia
sztuki.
Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką
szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi
smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów
niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i
rozmarzeniem...
Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La
laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę -
wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod
tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał
dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie
strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade
róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej
twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.
Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego
i przestronnego.
Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem
dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w
purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz
śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce
czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.
Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak
Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska
kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze,
występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie
spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran
pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa
Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki,
setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich
najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...
Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...
Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla
Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę
Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i
przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko
Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny
maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...
I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
wspomnień...
Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi
latami zamglone...
Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.
Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie
po prostu patrzeć na dzieła sztuki.
Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.
Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię
olbrzymich sal muzeum.
Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła
stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i
niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg
Sztuki!..
W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę,
gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.
Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...
W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę
zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.
- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka
ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski
wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła
bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u
wagoników wszystkie drzwiczki.
Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła,
jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami
czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod
większą częścią nadsekwańskiej stolicy.
-----------
Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...
Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów
dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i
ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie,
rozlegał się echem miarowem.
W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem
tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór
gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich.
Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka,
pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku,
poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka
siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie
tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy,
zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.
W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.
- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
pochylony nad bilardem.
Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
trzeciej żółtej bili.
- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite,
a rzadkie, jak kruk biały!..
Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko
chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.
- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
wcale ?
- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
nieco.
Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej...
A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię
wspaniały...