Umilkł, a po chwili

- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę

natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce

Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.

Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:

- Dziękuję bardzo!..

Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem

już przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki

przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał:

- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie

czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju,

Dzierżymirski zaś uśmiechnął się.

Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier

nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się

prawdopodobnie, czego chciałem...

Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz

domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.

- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie

tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.

- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku

odrzec Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.

- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać

proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej

będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do

koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.

- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy

kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy

milczenia gościnnego gospodarza.

- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu

więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu,

zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do

pana...

- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka

witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju

zasłużonego...

- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie

chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną

protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę

przemysłową...

- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że

poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i

gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem,

postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... -

zatrzymał się - nie mam tak rozległych stosunków ze sferą

handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą

fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie dobrodzieju...

Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówienia

Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.

Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.

- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z

panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba

drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...

Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie

doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:

- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...

- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i

zająknął się znowu.

- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy

właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne

znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?..

- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie

powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:

- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie...

Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous

savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i

dokończył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...

- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego

Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego

tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa

zakładającej się u nas w kraju współki

Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...

- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach -

odparł, z przekonaniem Orlęcki.

- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny

ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie

cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... -

myślał zarazem - ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?

Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący

zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:

- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do

Paryża, nieprawdaż?..

- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co

mówi.

- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że

będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i

córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo

zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę

ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas

wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po

zegarek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...

Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony

wciąż w myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał

po niej promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara,

przemówił z wolna:

- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą

może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do

kraju..

I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając

odpowiedzi, jednocześnie myślał.

- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja

nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,

zobaczymy...

Orlęcki zaś już mówił:

- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to

moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne

marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.

- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.

- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a

mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z

uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..

Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.

- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem

wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam

poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...

- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski -

wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... -

dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza

zakłopotanie widoczne...

- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał

-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:

- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra

do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie

przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..

- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem

już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.

- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.

- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią

wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:

- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu

przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie...

Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w

interesie prezesa, słów kilka...

Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili

dorzucił:

- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,

którym się powodzi.

Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,

wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia

siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a

powodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się

Orlęckiego zrobiło.

- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od

siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak

człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i

bogaty.

Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała

chwila milczenia.

- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się

znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki

jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na

obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w

tym względzie może mogę stać panu użytecznym...

Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.

- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan

bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę -

ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie

ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką

posadę korzystną?..

- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z

fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. -

Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz

doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd

taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak

niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć,

jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej...

Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie

uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.

Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski,

wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:

- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem

przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem

uczynić dla niego wiele...

- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki

serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.

Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:

- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do

obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał

się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego

jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam

przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! -

dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.

- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! -

odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi

wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.

- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.

Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz

Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo

pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie

ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.

- Słucham pana - rzekł poważnie.

Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i

sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując

niemi Romana.

- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman,

i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti à point! - zadecydował w

myśli sarkastycznie.

- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:

- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram

się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia

się zatem jak następuje:

- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem

pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy

z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do

lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem

uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz

majątkowy, dziedziczny Orlin...

- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w

kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie

spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską...

Przez ż - uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz,

bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki -

objaśnił.

Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie -

sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.

- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na

roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu

włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie

dawne światowe stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat

kilkanaście, stałem się domatorem - przekształcałem stopniowo, o

ile mogłem, w czcigodnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak

piorun z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez

nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..

Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :

- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i

najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia.

Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł

znowu.

W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi

tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej

jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać

zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:

- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?

Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli

posmutniałe oczy na Romana.

- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.

- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I

pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle

przeróżnych rzeczy o panu słyszałem...

Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:

- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy

wiedzieć mogę?

Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.

- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż

wymyka mi się sprzed nosa...

Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo

zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:

- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra

zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać

- jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..

- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem

Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i

niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i

buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby

otrzymać mogę świadectwo odpowiednie.

- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...

Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą

postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; -

Patrzcie?.. nie spodziewałem się!..

- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną,

lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.

- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.

- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy

tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w

Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy

kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś

pan w tej właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem

łacniej więc wybór mój zatwierdzą...

Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.

Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.

- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.

- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem

jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.

- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję

po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana.

Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się

przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:

- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał

się...

- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie,

są bardzo trudni... Czepiają się byle czego...

I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że

będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi,

którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:

- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,

nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,

protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco

dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak

pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie

mówił...

- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki.

- Bo uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...

- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością,

lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie,

wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły.

- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..

- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy

gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:

- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry

dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.

Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na

żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:

- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -

dokończył.

Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:

Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował.

Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi

Bóg miły, a teraz słuchaj:

- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,

hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane

"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na

termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych

miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci,

płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na

sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście

tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru

osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal

chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...

- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie

będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...

- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos

Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym

dla ucha dźwiękiem:

Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście

tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia,

wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz

obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie

oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z

przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z

usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła

go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny,

zawrzał w Dzierżymirskim.

Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?

- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy

nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować

się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny

wykrzywił wąskie usta Romana.

Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na

ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął

rękę na pożegnanie...

Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem

szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie,

mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei,

przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się

dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się,

potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia

i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego.

Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony

zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć

się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już

rodzinie swej niemal wszystko.

- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w

powietrzu.

Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.

Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte.

Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana,

- druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i

świeże...

- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci

mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w

życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie,

głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili

wrażeń.

Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki

rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...

Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie

małe kobiece rączki.

- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając

dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż

powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów,

przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle

tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona.

- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką

pannę.

Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej

rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku

jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu,

w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic,

radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem

byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.

I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby

dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:

- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem

wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być

szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie

jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,

silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu

bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak

pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany -

"mój!.."

I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie

Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.

- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił

się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu...

Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o

kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.

W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego.

Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...

Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał,

a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w

portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit

Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:

- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu

opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet -

jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...

- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w

tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ

dawać!..

- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w

stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu

naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...

- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a

następnie do panny.

Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho

rzekła:

- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to,

co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność

moja nie zapomni panu tego - nigdy!..

- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego

korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by

rada do rodzinnego kraju?..

- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze

łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak

żadna!..

Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz

jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.

- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął

gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:

- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,

najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom

nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na

instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na

zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje

jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu

ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja

zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał,

dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję

tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie

ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają

panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? -

dokończył Roman.

- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. -

wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze,

podziękował, z zapałem.

- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na

instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował

dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana.

Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...

Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski

wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli

wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.

Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości,

podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą

kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca

natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego

wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu,

odgrodzonego kratą od ulic miasta.

Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza

przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.

W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej

i grozy objął Romana natychmiast.

Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na

dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi

sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru...

Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,

cichy...

Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym,

nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...

Ironia Pozorów · 第 20 / 27 题