Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym
odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym
zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc
dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a
trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś
dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od
starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą
niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
krewnym.
Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez
samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem
synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni,
Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając
sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o
temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie
tknąć by nawet z nim nie mógł.
- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej
pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i
pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim
podłużnym, przybranym kwiatami, stole.
Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych
buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem
swych gości.
W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
tęczowymi kolory.
Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe
klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną
na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc,
flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.
Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak
Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za
pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
melancholijny cień...
- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów,
sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej,
zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności,
zabiegów...
Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się
kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby
się ze wzgardą...
Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek
czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w
szerokich kołach miasta?..
Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w
duszy Romana.
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
wszystkich!..
Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy,
sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych
ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania
mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...
I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo,
wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz
energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:
- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i
dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi
zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..
Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną
zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny
samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego.
- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z
piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może
gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają
hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz
nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się
bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła
przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja",
potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś,
niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias
kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w
tekście)
I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z
niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed
lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły
swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza -
przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po
salac[h ].
Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ]
szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały
się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem
głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z
tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście
dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój
się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i
pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł
poprzez salony.
Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie
długo nie było go pomiędzy gośćmi.
- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się
Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa,
to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon
godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..
(przypis - druga strona spalenizny)
[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i
panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[
]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet,
zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.
[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał
się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem
znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała
go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed
chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj
czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem
wreszcie...
To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem
Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał
chwilowo o wszystkiem.
Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi,
przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut
prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i
rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie,
co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej
uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.
Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych
osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko
uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem
przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
więcej swobodnego miejsca...
Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery
inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca
zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u
latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i
coraz szybciej.
U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali
teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad
wyraz.
- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w
ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
*******************************************
Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią
perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła
głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem
rzekła:
- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży
powiew!..
Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na
wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną
suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z
uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił
papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki;
gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej
rączce.
- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do
Paryża jechać muszę...
- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać
razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę
dopiero później...
I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień
widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę
minkę niezadowoloną.
- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie
znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni
i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
przyjadę do Gowartowa później.
- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic
tak dalece pilnego nie powołuje cię...
- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. -
Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses
trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a
ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy
i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie
brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.
- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a
dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy
razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu
Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać
czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń
fabrycznych...
Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem
szybkim zegarek.
- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i
kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje
życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż
robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie
siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o
mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i
dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!..
Nie oszukasz mnie tak łatwo...
- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem
zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem
dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna
na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..
Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
będzie, więc i ja jutro pojadę...
Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem
mimowolny przebiegł po twarzy jego...
- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli
Romana zgadując - ale do Gowartowa!..
Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez
służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej -
spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo
znużone rozeszło się...
Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły
wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce,
wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów -
rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
--------
- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego
pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w
wagonowym przedziale Dzierżymirskiego.
- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły
chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł
Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym
załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w
dorożce, na bulwarach.
Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
nadsekwańskiej stolicy.
Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne,
zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże,
samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir
miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona
wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie
czyniła porządek - poczem ruszano znowu.
A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie
przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część
chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga
oraz różnych stanów.
I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na
oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj",
w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku
sobie - pochłaniał i wabił...
W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego
się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do
jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem,
znużony położył się i zasnął.
Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
Wybiegł na miasto.
Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes"
usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać
się począł wokoło.
U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła
pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały
się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców
stolicy.
Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony,
omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy
obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę,
że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić
szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową
impériale z trzydziestocentymowym padołem.
Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy
kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę
później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat,
kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda,
fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
odpowiedź.
Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył
je służącej,
- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
błyśnięciem czarnych oczu.
Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a
cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego
dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas
dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał
się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.
Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w
ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś
znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły
wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.
- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na
widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz
od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną
aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił
mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał
jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś
zamykano o piątej.
- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym
razem zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.
I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.
Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych
rzeźb nowożytnych...
Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była
nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu,
bachantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i
ruchu, a szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące
po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało
dłużej na sobie wzrok Romana.
Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem
znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w
stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią
nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana
mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwiało się kwiecie...
Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej -
rozpływającej się jakby w przestrzeniach...
Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów
kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele
rzeźby turniej urządzili sobie.
Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się
jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą
jej był Mercié Autonin.
Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową
przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim,
cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane
kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały
ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski
przeszedł spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła
już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej,
począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali
ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.
I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo,
jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością
tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła
na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca
postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach,
oparła się kobieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w
bezbrzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U
stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie
uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych
róż śnieżnych, w rozkwicie...
Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu
tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.
Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le rêve (Sen)".
Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi
błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły
bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko...
Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?
To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec
inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka,
bębnią, strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią...
tamci, tam, zwyciężają niezawodnie!..
I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już
jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie
ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni
chwały!..
To sen...
Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić
musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i
równocześnie instynktownie poczuł głód.
Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze
widziane przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał
biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące
pojazdy.
- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już
posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
obiadował.
Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił
swobodnie cygaro.
Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się
kaskadą paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski
spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem,
głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych
częstokroć ich bulwarowych dowcipów.
***
Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził
nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go
natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się
już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się
mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z
polska podkręconym, wąsie.
- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał
się jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko
salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... -
siostrzeniec Hugona.
- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę
bardzo...
I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie
na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się,
odgadłszy myśl gościa.
- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze
swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas
przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą
ruch naszych ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam
osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z
nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana -
spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana
prezesa i oddaniu się jego społeczeństwu naszemu...