I Roman Zielińskiemu podał rękę.

- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem

w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego

towarzysza.

Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim

znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i

zadzwonił na, lokaja.

Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.

- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety,

a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę

minut po dwunastej.

- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił

czekającemu słudze.

Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po

pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe

kółeczka dymu.

Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z

nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.

I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony

wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.

Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman

prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca,

taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność

sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.

A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!

Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta.

Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony

i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia

posiadał.

Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko.

Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego

rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła

szczęśliwym!..

I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było.

Cierpiał...

Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać

zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we

wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana

ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już

dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne -

żywe!

Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej,

haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i

widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w

prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za

popularnością, wielkością i znaczeniem.

Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się

życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich -

marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie

zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak

robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z tych,

którzy go ponad siebie wynoszą!..

Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły,

jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego

"wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt

nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i

cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym,

zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!

A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą

Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał.

Ale, niestety, były to tylko... chwile.

Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by

Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed

przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala

od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z

wyrzutami sumienia.

O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..

Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł

właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci

własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu

całemu?..

W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,

leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem

tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu

nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela -

czekały one nań tam daremnie.

Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta

tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej

zagadki prawnego pieniędzy tych pana!

Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on

jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się

przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby

je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia

sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!..

Przestraszał go on - przejmował zgrozą...

Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury,

czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już

raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..

Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia

w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie

na trop właściwy.

Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których

wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...

Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.

Zagadka trwała.

Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił

Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za

granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był

związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.

Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w

chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za

głowę i szepnął do siebie przejmująco:

- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak

czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał

filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy

samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco,

do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! -

sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana.

O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie

działał już bynajmniej.

Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,

patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój

własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd

wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości,

nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo

pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej

bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą.

Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał...

Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej

pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy

jego.

W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej.

Roman się wstrząsnął.

Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..

Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..

spokoju!..

I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski

wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro,

począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.

W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i

odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej

porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.

- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się

natychmiast.

Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela

! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz

jednej - jedynej!

Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia,

w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami

spódnic.

I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko

jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,

ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna

trzydziestu.

Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w

czoło i zapytał:

- Dokądże to tak moja pani?

- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty

wychodzisz także?..

- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.

- Na którą godzinę?

- O pierwszej się rozpoczyna...

- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu

zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?

- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na

mieście...

- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,

uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie

nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...

- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do

domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego,

Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To

znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy

filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich,

ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze

damskie pseudo-prace?..

- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,

panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o

czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho,

już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona

niby Ola.

I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie

małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:

- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...

- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od

dręczących go do niedawna wspomnień.

- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.

- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to,

moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... -

zapytał lekko.

- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -

roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,

przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...

Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.

- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.

- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się,

Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.

W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń

pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem

mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce,

krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.

Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub

z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a

oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim

ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:

- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu

nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich

naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że

nic nie masz przeciwko temu, moje życie ?..

- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy

przecież złożyć wizyty...

- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,

kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de

crainte, stawią się wszyscy...

- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?

- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia

huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy

wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych

rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. -

Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył:

- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam

znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić

wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w

wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu

wybitniejszych osobistości, i koniec.

- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię

wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. -

Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..

- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej

zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego

przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy...

Zjem na mieście.

- A wieczorem? - pytała dalej Ola.

- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego

kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -

obiecałem.

- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja

już o czwartej wracam do domu.

Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna

czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny

tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość

majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących

się i wesołych.

- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka

laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego

gmachu Związku Kredytowego.

Powóz zatrzymał się posłusznie.

- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy

żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka

skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim

ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.

Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem

Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie,

poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma,

zatrzymał się i uśmiechnął...

W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie

jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie

skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i

niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i

blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz

znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.

------------

Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty

Romanowstwa Dzierżymirskich...

Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych

ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów

łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni,

spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają,

załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i

ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem.

Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i

ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości

siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza

się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.

Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe

towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny

prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i

poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę

grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni

wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej,

filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.

Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu

swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w

pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila

nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał

się wprost niemożliwym...

Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących

gości, ustępując sami naporowi ścisku.

A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób

powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej

fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli,

posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U

wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi,

stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu

komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.

Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o

impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności,

wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.

Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie

nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe

wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce.

Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn,

ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek

czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i

mruknął do siebie:

- Ho-ho!.. pas mal...

Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał

żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha

do siebie, po francuzku:

- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...

I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś

lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem,

kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę

kroków naprzód.

Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.

- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po

polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila

Ładyżyńskiego.

Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec

postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej

bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.

Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.

- Eh bien, chèr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil -

jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et,

ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas,

bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.

- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak

bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz

prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...

- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz

prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie

w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy,

płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie,

rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza,

puścił się naprzód.

Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to

zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z

wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować

jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań...

Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się

komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał

dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.

- Uf, nous y voilà!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.

- Widzę Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o społecznych

sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle

chance...

I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około

siebie przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać

się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,

Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące

głośniejsze wyrazy i zdania.

- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga

działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i

tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych

frazesów!

Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka,

tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy

rozprawiających zapalczywie mężczyzn.

- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto

rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.

Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od

innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie

zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku

niemu, z serdecznością, przemówił:

- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?

Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.

Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na

życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu

przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.

- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny

dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie

mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.

- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie

odparł z uśmiechem Dzierżymirski.

- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w

monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors

hrabiny P ?

- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.

- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,

panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu

i przedstawię ci go. Ja go znam!..

- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..

- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia

Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.

- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się

Roman - ale skądże go wyrwałeś?..

- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go

twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich

protegowanych!..

- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak

czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się

ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:

- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę

wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny

tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się

od autentycznych, historycznych rodów...

- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł

z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.

- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez

złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię

proszę...

- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale

jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -

zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.

- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się

koło czekającego na nich młodzieńca.

- Dzierżymirski...

Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast

zagaił rozmowę.

- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan

przybywa z Galicyi?..

- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i

tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową

odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową

znajomość z gospodarzem.

- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do

końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci,

par là, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.

- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich

rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema

panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej,

mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem

wodnych nenufarów.

Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz,

z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.

Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony

przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie.

Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił

Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości.

Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka

aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc

wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.

- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył

majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr

pańskich?..

- Szczęsnaja - odparł Topolski.

- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy

- objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia...

Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi

miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy

jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność.

- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? -

pytała dalej Ola.

- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...

Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en

pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły

człowiek...

- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną

francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać

niedosłyszawszy, Ola:

- I objął pan już swe dobra ?..

- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...

- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda

kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak

kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.

- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią

Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej,

et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays

charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i

polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we

wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.

Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w

tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski

światowca, złagodniała jakby i wypiękniała.

Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego

nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w

duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale

przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie

spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego

salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem

chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy

snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do

Topolskiego.

- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous

connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni

temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il

vous plait.

Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając

się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując

zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni

tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im

naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z

kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego

protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.

- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-

rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie

rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej

estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna

artystka, śpiewaczka włoska...

Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.

Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien,

wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna

zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.

Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze,

tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...

Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a

w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny,

o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w

harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała

uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba

Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...

Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała

pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice

miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania

Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w

jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.

Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną

artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...

Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć

wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był

tutaj.

Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki,

cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony

pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne,

marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał

nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się

wcale...

Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się,

trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy,

kwiliły cicho, grały...

Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...

Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni

zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia,

wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy

Dzierżymirskiego, i zgasły...

Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco

oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...

Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do

obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.

A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie

zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...

Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem,

dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.

Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując

coś, zadumał się on znowu.

Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął

szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę.

Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres,

odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora

Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku

już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany

powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z

oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono,

ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.

Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana

Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów

dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go;

ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z

owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.

Ironia Pozorów · 第 18 / 27 题