Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane
policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli
zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę
przed oczyma obserwującego mężczyzny.
I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością
jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de
domo", zamyślił się nagle.
Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po
minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął
rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i -
wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
- Służę pani!
Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego
potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej
nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił
tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj
podał bilet.
Roman rzucił nań okiem...
Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
powtórnie.
- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować
mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa :
"R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i
skłonił się z daleka.
Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
- Jest kto? - zapytał.
- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
koniecznie.
- Jak wygląda?
- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...
Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp
wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od
powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
- Proś!..
Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
Melsztyna.
Minęło parę minut.
Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego
już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i
patrzył nań uporczywie.
Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy
przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać
tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki
obojętnym wskazał krzesło.
- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił
się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i
zagłębił się w nich, ze skupieniem.
Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał,
przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki
z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości,
pragnieniem życia - z drugiej!...
Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą
potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim
tak silnie...
I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do
siebie jednocześnie:
- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie
to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz
dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich
nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał
całkowicie, w rachunku i pracy.
Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił
niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało
mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem
spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:
- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie
przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.
Dzierżymirski zawahał się chwilę.
- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
lecz doprawdy nie przypominam sobie...
- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty
siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś
nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas
poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być
może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my
ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to
jest ja, zostałem u jej podnóża...
Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś
dodał; z goryczą:
- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał,
gotów do wyjścia.
- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z
miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne
nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie,
zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie
"ty" nawet!
- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością
usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak
mógł najprzychylniej.
Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał
przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:
- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić
go nieco o położeniu mem obecnem.
- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący
mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
Zieliński dostrzegł ruch jego.
- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja
jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... -
powtórzył znowu uprzejmie.
- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a
nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto
godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego
zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi
i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się
chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!...
Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi
zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale,
niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody
człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.
- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z
miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego
ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją
Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie
miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje
drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie,
zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś
białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w
domu u mnie - nędza!..
Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną,
o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a
której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z
siebie z mocą.
Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już
wcale oczu na Romana.
Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął
wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a
życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego
studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być
idealistą!
Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy,
pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się
następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..
- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! -
odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart,
wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to
wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił
głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie
zarazem:
- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
- Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo...
Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku
Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane
są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle,
jak francuski, niemiecki, a może i angielski`?..
- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
westchnąwszy smutnie, dodał.
- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki
życiowej i praktycznej.
- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi
fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan...
Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w
imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do
prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej
zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter
pisma?
- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z
odpowiedzią Herman.
- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do
stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko
do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w
ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim
pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego
miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z
jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem
przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś
wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do
kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...
- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy
się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z
przejęciem dłoń Romana.
Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem,
że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość
naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go
pan zobaczysz!..