- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa
się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to
również małej wagi...
- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko -
lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich
kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć
sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie
już w zupełności...
Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
kwestyi.
Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść
doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej
przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.
- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie
pychy rozpierało piersi.
Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak,
podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź
przychylną.
- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym
przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają
na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć
już chyba muszę!..
- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w
rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko
przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił
z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję
również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej -
uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo
podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc
niezliczoną...
- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą
przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy
dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego
Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by
lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał.
Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
tylko głowę i powstał z siedzenia.
Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a
przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie
może.
- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej
zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za
tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać
się począł po pokoju.
- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca
kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała
go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli
nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w
umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty
ostatniej.
Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się
po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
krokami.
Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało
wejściem lokaja.
- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem
- zaanonsował.
- Jak się nazywa?
- Oto bilet, jaśnie panie...
Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
- Proś! - rzekł krótko.
Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka
i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
porozrzucane papiery.
- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął
jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę.
Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie
w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam
już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc
pióro, Roman począł pisać zamaszyście.
W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa
postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast
do biurka i przemówiła głośno:
- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...
Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano
wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych
rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
powierzchowności.
- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł
uprzejmie i począł pisać znowu.
- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu
Roman.
Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał
jej grzecznie, lecz sucho:
- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
pani nie pilno?..
- O, nie... przeciwnie... Tylko...
Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li
tylko zgrzytem pióra po papierze.
Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
nieznajomą.
Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby
obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak
natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
- Czy jest kto? - zapytał.
- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman,
gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
nieznajomej.
- Słucham panią... Czem służyć mogę?
Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze,
i zmieszana nieco przemówiła:
- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... -
tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego,
poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich
myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:
- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam
więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli,
inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo,
bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w
wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.
Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z
przerwy.
- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża
pani? Czy żyje?...
- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu...
Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
nazwiska... - wycedził z wolna.
Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
- Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie
raczy...
- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile
razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie -
widział mnie mąż pani?
- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z
odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było
dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z
wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza
zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego
człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam,
że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska,
śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich.
Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene,
niezręcznie, odrzekł zimno:
- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści
interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj -
liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też
nie przypominam go sobie.
Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie
jej czuć było śmiertelną obrazę.
- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie...
Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę
Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się
nami... - kończyła przybyła z godnością.
- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał
baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się
jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie,
że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których
powoływała się siedząca przed nim jejmość.
Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie
znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie,
ścisłej logiki, rzekł szybko:
- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić
jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i
wyjąkała:
- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na
taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez
wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk
do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na
chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym,
dodała:
- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę
sama z arystokracyi, więc...
To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie
dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza
swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło
powiedzenie jej ostatnie.
Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem,
uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.
- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i
namaszczeniem odparła dumnie wdowa.
Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie,
że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według
heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych
w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba.
Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie
odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz
siedzącej przed nim kobiety.
Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe,
teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu
wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.