CZĘŚĆ DRUGA

Była wiosna...

Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,

uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach

wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i

nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach

ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły -

upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska,

królewska, wspaniała...

Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem

ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie,

obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem

papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski

i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.

Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać

poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.

Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we

czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz

zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie,

bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.

Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą,

ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie

zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.

Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające

go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.

Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem

suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go

fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko

starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych

gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza,

zagadnął:

- Zatem... panie prezesie?

Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś

odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł

lokaj, trzymając duży list na tacy.

- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w

końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...

- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,

nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.

Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko

wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami

podpisów.

Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy

czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem

znowu przeszkodzono mu.

Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.

- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.

Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo

wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz

ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.

Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski

zerwał się na widok wchodzącego.

- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko

jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego

instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.

- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy

zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził

dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i

gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.

Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał

się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.

Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a

przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:

- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie

interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą

korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów

jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w

tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, -

czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...

- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił

zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu

nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !

Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować,

lecz Dzierżymirski już mówił:

- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie

mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do

niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych

towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go

podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w

komisyi rewizyjnej.

- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z

lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie

całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął

powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i

zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem

lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...

Ironia Pozorów · 第 15 / 27 题