Była wiosna...
Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach
wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i
nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach
ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły -
upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska,
królewska, wspaniała...
Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem
ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie,
obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem
papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski
i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.
Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we
czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz
zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie,
bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą,
ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie
zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające
go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko
starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych
gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza,
zagadnął:
- Zatem... panie prezesie?
Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś
odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł
lokaj, trzymając duży list na tacy.
- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w
końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
podpisów.
Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem
znowu przeszkodzono mu.
Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski
zerwał się na widok wchodzącego.
- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko
jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego
instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził
dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i
gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.
Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał
się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a
przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie
interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów
jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w
tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, -
czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu
nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować,
lecz Dzierżymirski już mówił:
- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie
mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do
niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych
towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go
podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w
komisyi rewizyjnej.
- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z
lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie
całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął
powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i
zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem
lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...