Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą,
gębą!..
- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic
nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie
czasami bywa wcale miłem.
- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? -
rezonował dalej w myślach swych Roman.
- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy
zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z
przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..
- A jak? któż o to pytać będzie...
Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju
odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś
dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej"
piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.
Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą
przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i
szlachetniejszą podstawę.
- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie
właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki
kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem
układał już względem tego plany na przyszłość.
- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy -
szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze,
oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..
- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył
głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z
mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz
jakaś gorączka czynu.
Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego,
Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla
tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało
szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale,
by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę
szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic
przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..
- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie.
Dzierżymirski brwi zmarszczył.
Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
Bo, rzeczywiście...
Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został
panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów
braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad
drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go
w spokoju!
Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć
zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą
jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana
pokrywała się cieniem.
Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
Dzierżymirskiego.
- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na
ziemię.
Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki,
myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła
mu przez głowę.
Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai...
Sprzątną jutro...
Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując
zasnąć.
--------------