I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..

A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i

step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki

rosy...

Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego

dziecka.

Lecz czyż to złudzenie?..

Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że

oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam

zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez

końca...

Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze

tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup

słyszał jeszcze ?

Któż wie? któż zgadnie?

- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...

nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega

się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych,

bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.

- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej

kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól

szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na

rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.

Wystraszeni podążają za nim wszyscy...

To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej

sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili

despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi.

Troska o żywym wzięła górę!..

W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko

poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół

przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym

majestacie śmierci - umarły pozostał sam.

***

Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.

W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze

światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy

przez okienne szyby.

W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego

dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader

dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna

rozbierał leniwie.

Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek

wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.

Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił

haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę,

zgasił światło.

Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż

zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie,

zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o

ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu

jego.

Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.

Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną

spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...

Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,

szeleszczącem pościelą łożu.

- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z

zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a

przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za

nieposłuszeństwo wydziedziczył.

Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo

rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach

pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski

podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.

On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej

woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał

się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.

Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią

uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które

czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych

z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie

wydanej.

Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.

Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał

dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,

przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie

wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby

rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej,

choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż

złoto wątpliwe szło - nikło...

Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył

się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.

On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de

facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.

I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego

domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w

czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu

piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.

Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi

cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań,

nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od

siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan

January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.

Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz

zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po

wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się

przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli -

swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.

Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał

dochody...

Ironia Pozorów · 第 13 / 27 题