I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.

- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w

faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...

Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z

klęczek.

- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -

ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos

jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana

Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...

- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale

prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się

biedaczka wystraszy.

Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś

jej przekłada.

Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje

i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...

Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed

chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz

snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie

przerywa martwą ciszę... Powóz staje.

A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne

jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...

Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,

straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad

za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już

całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.

Jeszcze chwila...

I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle,

zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym

zostaje.

Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego

prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega

ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...

Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i

wytworna sylwetka jego.

Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem

hałas drugorzędny jakiś, inny...

To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało

rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej

wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na

ziemię...

Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...

Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.

- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc,

wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w

łkaniu, szlochając.

Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.

- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! -

szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla

się i klęka po drugiej stronie katafalku.

A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa

je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co

bić już na zawsze przestało!..

- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -

powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..

Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w

bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją

Ładyżyński.

Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być

się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte

świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy

wciąż nieruchomo, myśli...

Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,

bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.

- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco,

błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa

się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w

dal, do parku, na step i pola!..

I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać,

łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych

brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk

boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...

Ironia Pozorów · 第 12 / 27 题