Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i
martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś
nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a
w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z
pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają
się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już
mężczyzna...
To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej,
podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból
niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec,
przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy
Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o
katafalk, w bolesnej zadumie.
Mija tak długa chwila.
Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w
nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do
Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa
niem delikatnie raz, drugi...
Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
zamyślenia i unosi głowę..
- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
daleki tętent i turkot kół powozu.