Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę,
minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z
której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja
w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
szwajcarskiego miasta.
Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w
głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po
ciemno-modrych falach...
I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś
czarem dziwnym...
A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie
srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu,
ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich
swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały -
się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho
zgrabna, wysmukła barka...
Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał,
stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u
stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od
gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem
srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie
wypływała z wolna ta sama łódź żaglista...
Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
zachwycie.
Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej
szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym,
majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie
ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu
skrzydeł, lecących w zaświaty...
Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na
zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się
do Oli.
Powstali.
- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z
zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod
górę, ku rozsianym willom miasta.
Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich
zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! -
krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie!
W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy
zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość,
to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją
zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz
ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli
ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami
bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:
- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to?
- pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a
zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili
pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz
dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure
więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad
trzystumetrową głębią Lemanu.
Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę
"Soim-Pèlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka
jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone
niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i
cichego smutku...
- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman,
gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście,
rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła...
- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do
jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem
twoim w Gowartowie...
- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry,
poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy
się do Romana, uściskała go serdecznie.
- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś...
- potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą
była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno
nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł,
iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie
wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy
natomiast następne - kto wie?
- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem,
podałem adres Vevey...
- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo
woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o
mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając
zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem,
pieszcząc czule młodą kobietę.
I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła,
zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!..
Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli
nareszcie do dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem
piętrze.
Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego
milczenia.
W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie,
świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością,
Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął
się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła
kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne
uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc
widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że,
hałasując, spać mu przeszkadzano.
Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i
szczerze.
- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka
pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas -
objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach,
zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).
- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają
częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił.
- Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie,
Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał
sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło:
Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż
wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz
dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
sąsiadki, co?...
Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła
właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z
obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła
się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź
muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!..
Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!..
I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
począł całować je głośno, cmokając z lubością.
- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za
ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
wściekłe.
Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować
zamaszyście.
- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością
hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w
ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i
przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała
Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod
długich rzęs...
Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął
ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na
balkon.
Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim
oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy.
Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie
srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie
tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się
zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi
mewami muskające stale grzbiety jego fal.
Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz
grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich
śnieżnych szczytów.
A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
światełka, kolejno - stopniowo nikły...
Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy
powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki
niebieskawego dymu.
Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym
gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność
ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a
czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał
się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród
rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra!
Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha
Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane
sumienie - spało.
- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił
próg balkonu.
Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w
półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej
ramiona.
Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem
suknem balkonowe okiennice.
- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak
ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman
usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu,
skierował się szybko w głąb pokoju.
***
Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich
zapukał ktoś dyskretnie.
Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając
przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku
wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...
- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie,
wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała
jakiś papier.
- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny
odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do
okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się
coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały
wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp,
pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie,
wschodziła snać jutrzenka...
Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie
na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem,
bólem...
- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej
jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy
twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
---------
Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach
poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych
wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się
swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej,
unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu
czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i
zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w
ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim,
splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie -
pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim
dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego
miasteczka, drugą - Krasnostawski.
Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu
łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd
wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać
poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych,
włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie
wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych
koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd
niespokojnem okiem.
Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i
stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na
wiejską groblę.
- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?..
Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... -
odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January
dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku
Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie
godziny...
- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam
ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana!
Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po
przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych -
wyzdrowiałem...
Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie
stępa, zauważył:
- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń
wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w
której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze
część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary
lokaj, klucznica i kilku domowników.
W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
głośnym szeptem:
- Żyje?..
- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
dorzucił:
- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i
do jutra rana...
- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
młodsza jaśnie pani niezdrowa...
- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na
widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk
uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży,
utajony w Przenajświętszym Sakramencie...
W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz;
idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w
głąb sypialni chorego.
Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata,
sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się
wielkiemi krokami po pokoju.
Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie
spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci
widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia
poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o
nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi
swego, Tarnopolskiego.
Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się
dzieje w Gowartowie.
Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie
dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej
wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski
umiera.
Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty
w przyległej komnacie chorego.
- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna,
spojrzał w zadumie.
Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie
na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty
sioła, i step w perspektywie.
- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i
wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć
dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i
rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się
przelatywały mu po głowie.
- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy
milcząco czoła!
I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony
mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem
ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak
samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające
sfinksa zagadką...
- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł
głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
pokoju...
Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku
niemu.
- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł
tenże z powagą.
- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To
jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy
choremu przypadkiem nie lepiej?...
- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie,
ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza
dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej
chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą,
głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował
pośpiesznie.
- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać,
jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe
przedwieczorne odmówię.
- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w
półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.
Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on
spokojnie.
Widząc to, proboszcz wyszedł.
Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się
w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut
później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez
milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło
łoża chorego.
- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie
tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła
się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego
przy łóżku, usiadł ciężko.
Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny
nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story
rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów
w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym
ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie
odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci!
Minęło w ten sposób dwie godziny.
Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą
czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami
krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie
jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...
To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach
pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską
dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych
łanów, gromadą...
Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na
chorego...
Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko
- wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał
wokoło.
Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka
blisko.
- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym,
cichym głosem:
-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno...
Tak tu ciemno...
Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego
zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane
gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych
liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła,
ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.
Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen
tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem
krajobraz.
Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję -
odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej:
- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że
głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie
będzie... to tylko na chwilę...
Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej,
uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już
nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany
panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo -
żółtą ręką taborecik.
Krasnostawski usłuchał.
- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo.
Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś
twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W
dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co
chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho :
- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie
opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... -
spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w
jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po
wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:
- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem,
nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy
nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na
ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak
ściana blady.
Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą,
a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i
silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić
począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i
wysiłku głosem :
- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów
zamilkł sekund kilka.
- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały
zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej
nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl
swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u
notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej
niekorzyść...
Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym
ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża
stoliczka.
Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd
pęk kluczy i oddalił się cicho.
Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka,
odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut.
Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą
kopertę.
Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł
się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
- Dziękuję... - wyszeptał.
Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą
ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna
na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony
test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie
dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili
jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a
dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan
January:
- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..-
dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
trupio blady, umilkł...
Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym,
zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek
posłyszał jeszcze:
- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
Minęło z dziesięć minut.
Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po
chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się
cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle...
W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie.
Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie,
samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje
balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem
powietrzem...
Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym
powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo,
ogłupiały jakby na razie, bezmyślny...
Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i
parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To
codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na
wieczorną kolacyę.
Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i
głód.
Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy
po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na
palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę
całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.
W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił
się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
Gowartowskiego.
Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko,
cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła,
zmiana nagła.
Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i
dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna,
zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna,
jednostajnie...
Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika,
wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na
receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.
Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie
młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może
Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.
Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
Krasnostawskiego.
Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął
mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
przeciągle z cicha.
- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie
przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej
wody.
Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił
się w fotelu.
Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent
spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
komnacie.
A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować
zaczęła.
Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął
wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem
park stary.
Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a
w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił
przeciągle godziny jedna za drugą.
Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się
początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory
starzec już konał...
Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego,
stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie.
Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w
cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na
głowie.
Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały -
straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie -
charczał złowrogo...
Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia,
że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w
życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc
bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał
przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do
miejsca, do ziemi.
Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem,
konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali
krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk
niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim.
Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna,
bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz
obojętna do łoża... nachyla nad konającym...
- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski,
schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu
dzwonek - wybiegł.
W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone
ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał
jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby
w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka.
Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy.
Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana
Januarego.
Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli,
charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej
chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca -
mknęło w zaświaty...
- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ
się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił
ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać
zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.
Poczęto się żegnać pobożnie...
Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z
wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i
aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam,
gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu
niebo otworzyć pragnęła.
---------
Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po
białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno
do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem,
kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru
delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u
świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni
cieplarnianych kwiatów.
Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia
progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski...
Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks,
zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie
na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna,
pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.
Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i
świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić
się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski,
cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju
słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp
katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..
Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi
usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada
łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy
ukochane.